Jak widać- nie rozdział. Nawet nie wiem, czy się pojawi, bo jak tylko w niego wchodzę, by dopisać kawałek (bo troszkę mam) to od razu zamykam tę kartę.
Po prostu wy już nie czytacie tego bloga (nie mówię o tym, co regularnie komentują i jestem pewna, że czytają), ja nie mam weny...
Zastanawiam się czy zrobić sobie kolejną przerwę? Może usunąć? Przekazać komuś? Albo pisać z kimś...
Tak samo mam z drugim blogiem. Myślałam, że będziecie go czytać (nie mówię o obserwatorach a komentarzach).
Przy prologu było 17 komów, a teraz przy trzecim rozdziale - 5.
Uwierzcie mi, że dużo pracy wkładam, by pisać dla was te rozdziały, ale jak nie mam dla kogo, to moim zdaniem jest to bez sensu.
Zastanawiam się nad całkowitym opuszczeniem bloggera. Tu nie mam weny, a tam - czytelników.
Zresztą tu też...
Nie wiem jak wy to widzicie, ale ja widzę jak na razie koniec mojej przygody z bloggerem.
Naprawdę dziękuję wszystkim komentatorom za komentarze i wsparcie, które mnie motywuje, ale po prostu i tu na Dark i tam na Dreams jest to samo.
Dlatego chciałam was szczególnie przeprosić. Te dziesięć osób, które skomentowały poprzedni rozdział.
Do (być może) napisania.
sobota, 21 marca 2015
poniedziałek, 16 marca 2015
Rozdział 9
NOTECKA!!!
*Oczami Rossa*
-Vanessa Marano?-spytałem patrząc dziewczynie w oczy. Właśnie dostałem się pod dany adres. Nie licząc korków na drodze i trzykrotnej pomyłki drzwi.
-Ta. A o co chodzi?-spytała nie pewnie.
-Ja w sprawię Laury. Jestem Ross-wyciągnąłem szybko ku niej dłoń.
-A! To ty jesteś jej nowym przyjacielem-uśmiechnęła się i uścisnęła moją dłoń. Lau o mnie wspominała?
-Ja w pewnej delikatnej sprawie-powiedziałem po chwili.
-Wejdź do środka-powiedziała otwierając szerzej drzwi.
-Nie. Ja tylko na chwilkę. I tak muszę zaraz jechać. Chodzi mi o Laurę-podkreśliłem ponownie.
-A więc słucham.
-Znalazłem ostatnio ofertę, bardzo korzystną, pewnego doktora, który robi operację na oczy-jej mina już nie była taka uśmiechnięta. Zrzedła i po chwili dodała:
-Mam nadzieję, że nie powiedziałeś jej tego...-dodała marszcząc brwi.
-W tym sęk! Powiedziałem, a ona uciekła. W dodatku była chyba zła. Nie rozumiem. Ja na jej miejscu bym chciał odzyskać wzrok-powiedziałem nie rozumiejąc.
-Chodzi o to, że już wcześniej próbowaliśmy. Jak tylko Lau straciła wzrok. I to był najgorszy błąd, jaki popełniliśmy. Ty nie wiesz, co ona przeżywała... Ból, strach... Nie powodzenie... Cierpienie! Te zabiegi nie dość, że bolesne, to jeszcze bez skutkowe!-wybuchła. Nawet nie wiedziałem...
-Przykro mi-powiedziałem ze skruchą.
-Mnie też-odparła nie ufnie Vanessa.
-Ale... Ten doktor pod narkozą działa. Może to będzie jej ostatnia szansa w jej życiu-dodałem.
-Nawet jeżeli, nie mamy na to pieniędzy-odparła z westchnieniem Vanessa.
-O to się nie martwcie-powiedziałem z uśmiechem, po czym pomachałem jej na pożegnanie, zostawiając ją w stanie szoku.
*Oczami Laury*
Ból. Cierpienie. Łzy. Te trzy rzeczy właśnie kłębiły się w mym sercu. Nie płaczę tak normalnie, ale w sercu, które krwawiło morzem łez i przykute było doliną rozpaczy.
Nie potrafiłam opisać swojego stanu emocjonalnego, bo był beznadziejny.
Źle potraktowałam Rossa, ale też nie chciałam kolejnych zabiegów.
Te lata, kiedy dopiero, co straciłam wzrok były dla mnie niczym piekło na ziemi. Nie potrafiłam się odnaleźć.
Teraz już nawet nie pamiętam, jak to jest widzieć. Jest tylko jedna rzecz, którą do dziś widzę oczyma wyobraźni.
Nie kolory, które czasem ujawniają mi się, kiedy pomyślę o czymś miłym.
Nie woda, którą pamiętam z czasów, kiedy ja i Van ciągle pływałyśmy na basenach.
Nie niebo, które codziennie miało inny kolor, a mimo to, zawsze było tak samo piękne.
Ale jedna mała rzecz.
Mianowicie mała, puszysta, którą można było dotknąć. I w dodatku różowa.
Nie wiem, co to jest, bo nie pamiętam. Ale wiem, że coś na pewno...
Po chwili rozniosło się pukanie do drzwi. Zaczęłam się zastanawiać nad tym, czy na serio nie pomyśleć o operacji. Ale wychodziło ciągle na to, że jej nie chce.
-Proszę-powiedziałam zachrypiałym głosem.
-Lau...-już wiedziałam, kto wszedł.
-Nic nie mów-odparłam.
-Mam nadzieję, że nie jesteś zła.
-Nie. Nie jestem-wysiliłam się na smutny uśmiech. I tak zapewne mnie demaskował...
-Ale przemyślisz moją ofertę?-spytał z nutką nadziei w głosie.
-Tak. Postaram się. Jak na razie przemyślałam twoją ofertę dotyczącą pracy w twoim, to znaczy twojej mamy salonie.
-I co wymyśliłaś?-spytał z nieukrywanym zaciekawieniem.
-Jeżeli twojej mamie nie sprawi to kłopotu, to bardzo chętnie-odparłam z lekkim uśmiechem.
-Już z nią rozmawiałem. Zgodziła się-odparł Ross. Jestem pewna, że się uśmiechnął.
-Ross?-spytałam nie pewnie zagryzając wargę do środka i nerwowo bawiąc się włosami.
-Co?-spytał. ,,Zapytać czy nie?" - pytała moja podświadomość.
-Czy mogę...-,,No zapytaj!" - tsa... kocham cię mózgu.
-Czy możesz?-ponaglał.
-Sprawdzić jak wyglądasz?-spytałam zagryzając usta z obawy na odpowiedź.
-Jasne... Ale jak?-spytał.
-My, niewidomi, po prostu mamy tak, że jak dotykamy dłonią czyjąś twarz, to wyobrażamy sobie, jak ona wygląda-powiedziałam z lekkim uśmiechem.
-Jasne-byłam pewna, że on też się uśmiecha. I takim cudem wyobraziłam sobie jak wygląda mój przyjaciel. A powiem szczerze, że na pewno nie był brzydki...
<Następny dzień>
-Halo?-zaspany głos. Niedobudzenie. Dźwięk dzwoniącego telefonu. To wszystko stało się przed tym, wypowiedzianym przeze mnie zdaniem.
-Cześć Lau-entuzjastyczny głos po drugiej stronie mógł należeć tylko do niego.
-Co tak wcześnie?-spytałam z jękiem niezadowolenia.
-Słoneczko świeci, dzień piękny, cóż może być lepszego?-spytał jeszcze bardziej entuzjastycznie.
-Okey...-powiedziałam nie pewnie.
-Chciałem się z tobą spotkać-odparł.
-A to mi nowość-powiedziałam z sarkazmem. Mimo to, uśmiechnęłam się. Schlebiało mi coś takiego.
-To kiedy?-dałabym sobie rękę uciąć, że znów się uśmiecha.
-Przyjdź za pół godziny-dodałam już wstając.
-To będę za piętnaście minut-zaśmiał się po czym rozłączył. Szalony...
<Godzina później>
-Naprawdę Ross? Naprawdę?-spytałam z lekką nutką ironii. Ross właśnie opowiadał mi o swoim życiu.
-A cóż ja na to poradzę-zaśmieliśmy się.
-No rzeczywiście - nie masz co z tym zrobić-zaśmiałam się.
-Lau słuchaj... Przemyślałaś propozycję pracy?-spytał.
-Tak. Szczerze mówiąc owszem.
-I co z tych rozmyślań wynikło?-spytał.
-Nie wiem, czy jesteś godny poznać tak pilnie strzeżony sekret-zaśmiałam się.
-Myślę, że jednak jestem-odparł.
-Ale czy jesteś gotów? To najgłębsze sekrety mego umysłu-dodałam by podreperować atmosferę.
-Z ręką na sercu - jestem gotów-odparł jakby jakiś rycerz w średniowieczu.
-Na pewno? Nie chcę odpowiadać tak, aby sprawić ci przykrość.
-Myślisz, że odpowiedź będzie inna, niż oczekuję?
-Tak. Właśnie tak myślę-dodałam. Zamilkł na chwilkę.
-Ale mimo to, chcę poznać odpowiedź. Inaczej nie będę mógł spać spokojnie.
-Jesteś pewien? Jak już poznasz, to nie będzie odwrotu. A boję się zniszczyć ci psychikę-dodałam drocząc się z nim.
-Jeżeli tak ma być, to niech tak będzie. Cóż ja mogę więcej uczynić-czułam, że złapał mnie za dłonie.
-Możesz zaprzestać zmuszać mnie do odpowiedzi, której być może nie chcesz poznać.
-A co jeśli chcę?
-A co jeśli znasz odpowiedź?
-Jestem pewien, że nie znam. Ale bardzo bym chciał. Lau, więc?-spytał już troszeczkę podenerwowany. Dłużej nie mogłam się bawić w kotka i myszkę. Wreszcie należało wyznać mu prawdę...
*Oczami Rossa*
-Vanessa Marano?-spytałem patrząc dziewczynie w oczy. Właśnie dostałem się pod dany adres. Nie licząc korków na drodze i trzykrotnej pomyłki drzwi.
-Ta. A o co chodzi?-spytała nie pewnie.
-Ja w sprawię Laury. Jestem Ross-wyciągnąłem szybko ku niej dłoń.
-A! To ty jesteś jej nowym przyjacielem-uśmiechnęła się i uścisnęła moją dłoń. Lau o mnie wspominała?
-Ja w pewnej delikatnej sprawie-powiedziałem po chwili.
-Wejdź do środka-powiedziała otwierając szerzej drzwi.
-Nie. Ja tylko na chwilkę. I tak muszę zaraz jechać. Chodzi mi o Laurę-podkreśliłem ponownie.
-A więc słucham.
-Znalazłem ostatnio ofertę, bardzo korzystną, pewnego doktora, który robi operację na oczy-jej mina już nie była taka uśmiechnięta. Zrzedła i po chwili dodała:
-Mam nadzieję, że nie powiedziałeś jej tego...-dodała marszcząc brwi.
-W tym sęk! Powiedziałem, a ona uciekła. W dodatku była chyba zła. Nie rozumiem. Ja na jej miejscu bym chciał odzyskać wzrok-powiedziałem nie rozumiejąc.
-Chodzi o to, że już wcześniej próbowaliśmy. Jak tylko Lau straciła wzrok. I to był najgorszy błąd, jaki popełniliśmy. Ty nie wiesz, co ona przeżywała... Ból, strach... Nie powodzenie... Cierpienie! Te zabiegi nie dość, że bolesne, to jeszcze bez skutkowe!-wybuchła. Nawet nie wiedziałem...
-Przykro mi-powiedziałem ze skruchą.
-Mnie też-odparła nie ufnie Vanessa.
-Ale... Ten doktor pod narkozą działa. Może to będzie jej ostatnia szansa w jej życiu-dodałem.
-Nawet jeżeli, nie mamy na to pieniędzy-odparła z westchnieniem Vanessa.
-O to się nie martwcie-powiedziałem z uśmiechem, po czym pomachałem jej na pożegnanie, zostawiając ją w stanie szoku.
*Oczami Laury*
Ból. Cierpienie. Łzy. Te trzy rzeczy właśnie kłębiły się w mym sercu. Nie płaczę tak normalnie, ale w sercu, które krwawiło morzem łez i przykute było doliną rozpaczy.
Nie potrafiłam opisać swojego stanu emocjonalnego, bo był beznadziejny.
Źle potraktowałam Rossa, ale też nie chciałam kolejnych zabiegów.
Te lata, kiedy dopiero, co straciłam wzrok były dla mnie niczym piekło na ziemi. Nie potrafiłam się odnaleźć.
Teraz już nawet nie pamiętam, jak to jest widzieć. Jest tylko jedna rzecz, którą do dziś widzę oczyma wyobraźni.
Nie kolory, które czasem ujawniają mi się, kiedy pomyślę o czymś miłym.
Nie woda, którą pamiętam z czasów, kiedy ja i Van ciągle pływałyśmy na basenach.
Nie niebo, które codziennie miało inny kolor, a mimo to, zawsze było tak samo piękne.
Ale jedna mała rzecz.
Mianowicie mała, puszysta, którą można było dotknąć. I w dodatku różowa.
Nie wiem, co to jest, bo nie pamiętam. Ale wiem, że coś na pewno...
Po chwili rozniosło się pukanie do drzwi. Zaczęłam się zastanawiać nad tym, czy na serio nie pomyśleć o operacji. Ale wychodziło ciągle na to, że jej nie chce.
-Proszę-powiedziałam zachrypiałym głosem.
-Lau...-już wiedziałam, kto wszedł.
-Nic nie mów-odparłam.
-Mam nadzieję, że nie jesteś zła.
-Nie. Nie jestem-wysiliłam się na smutny uśmiech. I tak zapewne mnie demaskował...
-Ale przemyślisz moją ofertę?-spytał z nutką nadziei w głosie.
-Tak. Postaram się. Jak na razie przemyślałam twoją ofertę dotyczącą pracy w twoim, to znaczy twojej mamy salonie.
-I co wymyśliłaś?-spytał z nieukrywanym zaciekawieniem.
-Jeżeli twojej mamie nie sprawi to kłopotu, to bardzo chętnie-odparłam z lekkim uśmiechem.
-Już z nią rozmawiałem. Zgodziła się-odparł Ross. Jestem pewna, że się uśmiechnął.
-Ross?-spytałam nie pewnie zagryzając wargę do środka i nerwowo bawiąc się włosami.
-Co?-spytał. ,,Zapytać czy nie?" - pytała moja podświadomość.
-Czy mogę...-,,No zapytaj!" - tsa... kocham cię mózgu.
-Czy możesz?-ponaglał.
-Sprawdzić jak wyglądasz?-spytałam zagryzając usta z obawy na odpowiedź.
-Jasne... Ale jak?-spytał.
-My, niewidomi, po prostu mamy tak, że jak dotykamy dłonią czyjąś twarz, to wyobrażamy sobie, jak ona wygląda-powiedziałam z lekkim uśmiechem.
-Jasne-byłam pewna, że on też się uśmiecha. I takim cudem wyobraziłam sobie jak wygląda mój przyjaciel. A powiem szczerze, że na pewno nie był brzydki...
<Następny dzień>
-Halo?-zaspany głos. Niedobudzenie. Dźwięk dzwoniącego telefonu. To wszystko stało się przed tym, wypowiedzianym przeze mnie zdaniem.
-Cześć Lau-entuzjastyczny głos po drugiej stronie mógł należeć tylko do niego.
-Co tak wcześnie?-spytałam z jękiem niezadowolenia.
-Słoneczko świeci, dzień piękny, cóż może być lepszego?-spytał jeszcze bardziej entuzjastycznie.
-Okey...-powiedziałam nie pewnie.
-Chciałem się z tobą spotkać-odparł.
-A to mi nowość-powiedziałam z sarkazmem. Mimo to, uśmiechnęłam się. Schlebiało mi coś takiego.
-To kiedy?-dałabym sobie rękę uciąć, że znów się uśmiecha.
-Przyjdź za pół godziny-dodałam już wstając.
-To będę za piętnaście minut-zaśmiał się po czym rozłączył. Szalony...
<Godzina później>
-Naprawdę Ross? Naprawdę?-spytałam z lekką nutką ironii. Ross właśnie opowiadał mi o swoim życiu.
-A cóż ja na to poradzę-zaśmieliśmy się.
-No rzeczywiście - nie masz co z tym zrobić-zaśmiałam się.
-Lau słuchaj... Przemyślałaś propozycję pracy?-spytał.
-Tak. Szczerze mówiąc owszem.
-I co z tych rozmyślań wynikło?-spytał.
-Nie wiem, czy jesteś godny poznać tak pilnie strzeżony sekret-zaśmiałam się.
-Myślę, że jednak jestem-odparł.
-Ale czy jesteś gotów? To najgłębsze sekrety mego umysłu-dodałam by podreperować atmosferę.
-Z ręką na sercu - jestem gotów-odparł jakby jakiś rycerz w średniowieczu.
-Na pewno? Nie chcę odpowiadać tak, aby sprawić ci przykrość.
-Myślisz, że odpowiedź będzie inna, niż oczekuję?
-Tak. Właśnie tak myślę-dodałam. Zamilkł na chwilkę.
-Ale mimo to, chcę poznać odpowiedź. Inaczej nie będę mógł spać spokojnie.
-Jesteś pewien? Jak już poznasz, to nie będzie odwrotu. A boję się zniszczyć ci psychikę-dodałam drocząc się z nim.
-Jeżeli tak ma być, to niech tak będzie. Cóż ja mogę więcej uczynić-czułam, że złapał mnie za dłonie.
-Możesz zaprzestać zmuszać mnie do odpowiedzi, której być może nie chcesz poznać.
-A co jeśli chcę?
-A co jeśli znasz odpowiedź?
-Jestem pewien, że nie znam. Ale bardzo bym chciał. Lau, więc?-spytał już troszeczkę podenerwowany. Dłużej nie mogłam się bawić w kotka i myszkę. Wreszcie należało wyznać mu prawdę...
***
Witajcie. Na początku chciałam was przeprosić za długą nieobecność, ale niestety tak już będzie. Do końca tego bloga posty (rozdziały) będą pojawiały się raz na 5-6 dni. Niestety troszkę za dużo na siebie wzięłam, pochłonął mnie drugi blog (na którego mam wenę, a na tego niestety nie) i po protu jak się dowiedziałam jak to jest, kiedy ktoś odzyskuje wzrok... Masakra.
Po drugie chciałam wam przyznać, że jest mi trochę przykro, bo wcześniej bardzo dużo komentarzy zostawialiście, czekaliście na bloga od 2014 roku, a teraz się okazuje, że mało kto komentuje (nie mówię o tych 13 osobach z poprzedniego rozdziału :*). Frekwencje tego bloga spadają, wyświetlenia i komy też, ja mam brak weny, dużo nauki, testy przed sobą i jeszcze innego bloga i zastanawiam się nad opuszczeniem całkowitym tego bloga.
Nie wiem, jak wy to widzicie, ale ja czuję, że niestety chyba tak będzie najlepiej.
Dziękuję za komy z poprzedniego rozdziału :*
Rozdział z dedykacją dla Mary Jane i Kruchej :D
czwartek, 12 marca 2015
Rozdział 8
*Oczami Laury*
-No cóż... Muszę już iść. Ale naprawdę bardzo miło było państwo poznać-powiedziałam z uśmiechem.
-Ciebie również skarbie. Jeżeli będziesz czegoś potrzebowała, to oczywiście ci pomożemy. Co tylko chcesz-powiedziała ciepłym głosem pani Stormie.
-Dziękuję za wszystko, ale chyba nie będzie takiej potrzeby-uśmiechnęłam się. Po chwili czułam jak ktoś chwyta mnie za ręce.
-To mamo... Ja idę odprowadzić Laurę-powiedział Ross po czym wzmocnił uścisk.
-Oczywiście Ross. Tylko wróć szybko, dobrze?-spytała z troską pani Stormie. Jak ja bym chciała, aby mama się tak o mnie martwiła...
-To idziemy?-spytał Ross.
-Tak. Jasne-uśmiechnęłam się i po chwili szłam ramię w ramię z z przyjacielem.
-Bo wiesz... Tak sobie pomyślałem...-zaczął.
-No?-ponaglałam go.
-Czy ty serio chcesz pracować w takim zakładzie?-spytał.
-Nie wiem. Chcę jakoś się usamodzielnić. Ale czy ja chcę tam pracować?... To chyba jedyna praca, gdzie mnie przyjmą-powiedziałam i spuściłam głowę.
-No ale wiesz... Bo ja mam inną ofertę-powiedział.
-Tak? A jaką?-zaciekawił mnie swoją jeszcze nie wypowiedzianą propozycją.
-No... Abyś pracowała... W sensie... No bo... Lubisz masować?-spytał po dość długim jąkaniu się.
-No... Nawet. A co?-spytałam dalej nie rozumiejąc.
-A masowałaś kogoś kiedyś?-spytał.
-Wiesz... Jestem niewidoma, a w szkole uczono nas wielu praktyk. Masowania, malowania czy takiej pracy, do której mnie przyjęto. Vanessa twierdzi, że mam złote pace. Myślę, że potrafiłabym pracować w takim zakładzie. Nie jestem jakimś wybrykiem natury, tylko zwykłą, niewidomą osobą.
-Przepraszam. Zapomniałem-powiedział skruszony.
-Nic nie szkodzi. Lubię jak zapominasz o moim kalectwie.
-Naprawdę?-w jego głosie wyczułam lekkie zadziwienie.
-Tak. Całe życie traktowali mnie jak kalekę i non stop mi to uświadamiali. Nie było osoby, która by mówiła do mnie bez litości, albo taka, która pozwalałaby mi zapomnieć. A teraz pojawiłeś się ty-powiedziałam z uśmiechem.
-Nie wiedziałem, że nie lubisz litości-powiedział.
-Wiesz. Ty na pewno po jakimś czasie też byś ją znienawidził w moim stanie-odpowiedziałam, a resztę drogi przeszliśmy delektując się ciszą.
Kiedy już chyba doszliśmy pod mój dom (Ross się zatrzymał) to wtedy zaczął:
-To... Przyjęłabyś tamtą pracę? Tą z masażem?-spytał. Wyczułam w jego głosie nie pewność.
-A czyj to zakład?-spytałam.
-Mojej mamy. To co?-spytał zaciekawiony.
-Nie wiem... Muszę się zastanowić... Dam ci znać, okey?-spytała nie pewnie.
-Jasne-po chwili poczułam, jak bierze delikatnie moją dłoń i zaprowadza mnie aż po same drzwi mojego domu.
-Do jutra-powiedział i puścił moją dłoń...
<Następny dzień>
Obudziłam się, bo usłyszałam dźwięk mojego telefonu. Starałam się usłyszeć w jakim miejscu się znajduje. Zaczęłam jeździć ręką po mojej komodzie, gdy usłyszałam, że coś z hukiem spada na ziemię. ,,Pewnie telefon" - pomyślałam. I nie myliłam się. Podniosłam przedmiot, a że miał pełno klawisz, bo Vanessa nie chciała mi kupić jakiegoś nowego, szybko wyczułam klawisz do odbierania połączeń.
-Halo?-powiedziałam zaspanym głosem.
-Hej gwiazdeczko-usłyszałam radosny głos mojej siostry.
-Van? Która godzina?-spytałam.
-Jakoś po dziesiątej. Słuchaj... Kiedy zaczynasz pracę?
-Wydaje mi się, że rozmowę mam jeszcze za jakieś trzy dni, bo dzwonili do mnie. A co?-spytałam.
-Nie chciałabyś gdzieś ze mną pojechać?-spytała.
-Wiesz Van... Nie mam ochoty. Dziś mam dać Rossowi odpowiedź także...
-Temu chłopakowi, co jest dla ciebie taki miły? Co masz mu niby powiedzieć, hmmm?-spytała.
-Bo wczoraj zaoferował, abym zaczęła pracę u jego mamy. Ona ma jakieś studio masażu, czy coś-odpowiedziałam.
-Laura, to wspaniale! Ale czy ten chłopak nie będzie chciał czegoś w zamian?
-Nie rozumiem-zmarszczyłam brwi.
-Wiesz... Dostajesz pracę. Od niego...
-Van nie przesadzaj. Lubię go i myślę, że on mnie też. Tylko chciałam się ciebie zapytać, co o tym sądzisz. Czy powinnam przyjąć tę pracę czy raczej sobie odpuści.
-Moim zdaniem zdobyłabyś lepsze kwalifikację. Zawsze jak przestaniesz pracować u jego matki możesz zacząć pracę gdzie indziej z większym wykształceniem. Ale ja mu jakoś nie ufam.
-A ja tak. Może nie znam go zbyt długo, ale bardzo go lubię. Jest bardzo miły i troskliwy. I przychodzi codziennie. A poza tym będzie mnie uczył grać na pianinie!-powiedziałam z euforią.
-Może pierw trochę lepiej go poznaj, co?
-Tak. Dzięki za radę Van. Ja już będę kończyć-powiedziałam, a kiedy usłyszałam ciche ,,pa" po drugiej stronie rozłączyłam się. Przynajmniej taką mam nadzieję, że trafiłam w ten głupi klawisz.
Po chwili wyciągnęłam z szafy jakieś ciuchy. Nawet nie wiem jakie, bo przecież nie widzę. Mam 50% szans, że koszulka jest założona na dobrą stronę. Po chwili usłyszałam jak ktoś puka do drzwi.
-Proszę!-krzyknęłam.
-Cześć Laura-od razu poznałam ten głos. Ross.
-O hej. Ja dopiero wstałam, więc nigdzie nie idę-domyślałam się, że chciał iść na spacer, więc wolałam go uprzedzić, że jak na razie, nigdzie nie idę.
-Ja nie w tej sprawię-odpowiedział. Dałabym sobie głowę uciąć, że właśnie się uśmiechnął.
Ciekawe jak on wygląda.
-A co?-spytałam.
-Zastanowiłaś się nad moją ofertą?-spytał.
-Tak. Ale nie jestem w stanie jasno sprecyzować, czy chcę ją przyjąć-powiedziałam kierując się w stronę kuchni.
-Jak to nie jesteś w stanie?-spytał nie rozumiejąc. Szedł za mną.
-Ross... Wszystko uzgadniam z siostrą, a ona boi się o mnie. Myśli, że gdzieś jest tu haczyk-powiedziałam zgodnie z prawdą robiąc sobie kanapki z... czymś.
-Jaki haczyk? Laura, moje intencje są szczere-odpowiedział po chwili.
-Wiem. Ale ona tego nie rozumie i boi się kłopotów. A ja nie chcę, by była na mnie zła. Rozumiesz?-spytałam.
-Staram się.
Po chwili zapadła między nami cisza. Nie lubię takiej ciszy... Jest... Niezręczna...
-Wyjdziemy gdzieś?-słyszałam jego nie pewny głos. Uśmiechnęłam się.
-No a jak!-zaśmieliśmy się oboje.
***
-No to powiesz coś jeszcze o sobie?-spytał.
-A co ja mogę... Wiesz już prawie wszystko-zaśmiałam się-Za to ty... O tobie wiem naprawdę mało.
-A co ja ci mogę powiedzieć?
-Nie wiem... Jak wyglądasz?-o tak. To pytanie mnie nurtuje od początku naszej znajomości.
-Serio? To cię interesuje?-spytał.
-Tak.
-A co jak jestem grubym nastolatkiem, z okularami i aparatem na zębach?-spytał. Zaśmiałam się cichutko.
-Nie będzie mi to przeszkadzać. Przecież i tak nie widzę-powiedziałam z uśmiechem.
-O właśnie, ja w tej sprawię...
-Mojego kalectwa?-spytałam.
-Nie mów tak. Nie lubię tego słowa.
-No dobrze. Więc mojego upośledzenia?
-Tak też nie mów. Laura, ja na poważnie-powiedział wzdychając.
-No ja też-uśmiechnęłam się.
-Chodzi mi serio. Znalazłem takie ogłoszenie... Ale za nim przejdę do rzeczy, to może powiedz mi jak sobie radzisz z wadą, a raczej brakiem wzroku.
-No cóż... Dopiero wyszliśmy, a że jesteśmy przed blokiem to dam ci przykład. Widzisz tamto drzewo, na przeciw bloku?-spytałam. Znam już wszystko na pamięć.
-No tak... Nie mów, że ty też-powiedział z nadzieją.
-Nie, ale je pamiętam. Otóż jak chcę do niego dojść i na nie nie wpaść muszę iść tym samym krokiem, co zawsze, w takim samym czasie dwadzieścia kroków. Tak odmierzam odległość. Ja pójdę za szybko lub za wolno, to na nie wpadnę-powiedziałam zgodnie z prawdą-Albo jak zrobię większe lub mniejsze kroki. Ale ty je widzisz. I możesz na podstawie wzroku odmierzyć odległość rzeczywistą. Dla mnie jest ona tylko iluzją.
-Musi ci być ciężko-powiedział.
-Przyzwyczaiłam się.
-Nie chciałabyś tego zmienić?-spytał.
-No nie za bardzo. To tak jakbyś zaproponował Francuzowi, aby nauczył się Włoskiego, bo tak będzie dla niego lepiej. Wyśmieję cię i poda za głupca. Bo dla niego ten język jest lepszy. A ja nie znam innego świata. A raczej nie pamiętam. I chcę, by tak zostało-odpowiedziałam.
-Ale gdybyś miała możliwość odzyskania wzroku, czy byś z niej skorzystała?-spytał Ross.
-Nie. Na dzisiejszy czas nie-odpowiedziałam twardo, na myśl o wydarzeniach z przeszłości.
-Ja bym chciał. Zobacz, to znaczy posłuchaj, mogłabyś zobaczyć jak wyglądam. Jak pani Thouse wygląda. I jak Vanessa wygląda. Ten doktor, którego znalazłem to obiecuje-powiedział Ross.
-Błagam cię skończ. I nigdy więcej mi tego nie proponuj-powiedziałam po czym wróciłam do klatki. Sama.
*Oczami Rossa*
Nie mogłem tego zrozumieć. Znalazłem doktora, który robi operację ze skutkiem gwarantowanym. Nie rozumiałem, czemu Lau nie chce iść na tę operację. Przecież mogła by znów widzieć i przestać się męczyć.
Dlatego postanowiłem porozmawiać z jej siostrą. Trzeba było tylko znaleźć namiary...
-Dzień dobry Pani Thouse-powiedziałem wchodząc do sklepu.
-Witaj Ross. Jak się miewasz?-spytała z przemiłym uśmiechem.
-Bardzo dobrze-odpowiedziałem odwzajemniając gest.
-A co u rodziców? Jak się miewają?-spytała.
-Oni też. Proszę pani. Jest sprawa... Ale delikatna-dodałem.
-Chodzi o Laurunię?-spytała z nieukrywanym zaciekawieniem.
-Poniekąd. Muszę się dowiedzieć gdzie pracuję, bądź mieszka jej siostra-odpowiedziałem.
-Jej siostra? A do czego ci jej siostra?-spytała.
-Mam do niej sprawę, która właśnie dotyczy Laury. Ale Lau nie może się o tym dowiedzieć. To bardzo ważne-odpowiedziałem.
-No dobrze. Zaraz ci napiszę-westchnęła. Grunt, że o nic więcej nie pytała...
-No cóż... Muszę już iść. Ale naprawdę bardzo miło było państwo poznać-powiedziałam z uśmiechem.
-Ciebie również skarbie. Jeżeli będziesz czegoś potrzebowała, to oczywiście ci pomożemy. Co tylko chcesz-powiedziała ciepłym głosem pani Stormie.
-Dziękuję za wszystko, ale chyba nie będzie takiej potrzeby-uśmiechnęłam się. Po chwili czułam jak ktoś chwyta mnie za ręce.
-To mamo... Ja idę odprowadzić Laurę-powiedział Ross po czym wzmocnił uścisk.
-Oczywiście Ross. Tylko wróć szybko, dobrze?-spytała z troską pani Stormie. Jak ja bym chciała, aby mama się tak o mnie martwiła...
-To idziemy?-spytał Ross.
-Tak. Jasne-uśmiechnęłam się i po chwili szłam ramię w ramię z z przyjacielem.
-Bo wiesz... Tak sobie pomyślałem...-zaczął.
-No?-ponaglałam go.
-Czy ty serio chcesz pracować w takim zakładzie?-spytał.
-Nie wiem. Chcę jakoś się usamodzielnić. Ale czy ja chcę tam pracować?... To chyba jedyna praca, gdzie mnie przyjmą-powiedziałam i spuściłam głowę.
-No ale wiesz... Bo ja mam inną ofertę-powiedział.
-Tak? A jaką?-zaciekawił mnie swoją jeszcze nie wypowiedzianą propozycją.
-No... Abyś pracowała... W sensie... No bo... Lubisz masować?-spytał po dość długim jąkaniu się.
-No... Nawet. A co?-spytałam dalej nie rozumiejąc.
-A masowałaś kogoś kiedyś?-spytał.
-Wiesz... Jestem niewidoma, a w szkole uczono nas wielu praktyk. Masowania, malowania czy takiej pracy, do której mnie przyjęto. Vanessa twierdzi, że mam złote pace. Myślę, że potrafiłabym pracować w takim zakładzie. Nie jestem jakimś wybrykiem natury, tylko zwykłą, niewidomą osobą.
-Przepraszam. Zapomniałem-powiedział skruszony.
-Nic nie szkodzi. Lubię jak zapominasz o moim kalectwie.
-Naprawdę?-w jego głosie wyczułam lekkie zadziwienie.
-Tak. Całe życie traktowali mnie jak kalekę i non stop mi to uświadamiali. Nie było osoby, która by mówiła do mnie bez litości, albo taka, która pozwalałaby mi zapomnieć. A teraz pojawiłeś się ty-powiedziałam z uśmiechem.
-Nie wiedziałem, że nie lubisz litości-powiedział.
-Wiesz. Ty na pewno po jakimś czasie też byś ją znienawidził w moim stanie-odpowiedziałam, a resztę drogi przeszliśmy delektując się ciszą.
Kiedy już chyba doszliśmy pod mój dom (Ross się zatrzymał) to wtedy zaczął:
-To... Przyjęłabyś tamtą pracę? Tą z masażem?-spytał. Wyczułam w jego głosie nie pewność.
-A czyj to zakład?-spytałam.
-Mojej mamy. To co?-spytał zaciekawiony.
-Nie wiem... Muszę się zastanowić... Dam ci znać, okey?-spytała nie pewnie.
-Jasne-po chwili poczułam, jak bierze delikatnie moją dłoń i zaprowadza mnie aż po same drzwi mojego domu.
-Do jutra-powiedział i puścił moją dłoń...
<Następny dzień>
Obudziłam się, bo usłyszałam dźwięk mojego telefonu. Starałam się usłyszeć w jakim miejscu się znajduje. Zaczęłam jeździć ręką po mojej komodzie, gdy usłyszałam, że coś z hukiem spada na ziemię. ,,Pewnie telefon" - pomyślałam. I nie myliłam się. Podniosłam przedmiot, a że miał pełno klawisz, bo Vanessa nie chciała mi kupić jakiegoś nowego, szybko wyczułam klawisz do odbierania połączeń.
-Halo?-powiedziałam zaspanym głosem.
-Hej gwiazdeczko-usłyszałam radosny głos mojej siostry.
-Van? Która godzina?-spytałam.
-Jakoś po dziesiątej. Słuchaj... Kiedy zaczynasz pracę?
-Wydaje mi się, że rozmowę mam jeszcze za jakieś trzy dni, bo dzwonili do mnie. A co?-spytałam.
-Nie chciałabyś gdzieś ze mną pojechać?-spytała.
-Wiesz Van... Nie mam ochoty. Dziś mam dać Rossowi odpowiedź także...
-Temu chłopakowi, co jest dla ciebie taki miły? Co masz mu niby powiedzieć, hmmm?-spytała.
-Bo wczoraj zaoferował, abym zaczęła pracę u jego mamy. Ona ma jakieś studio masażu, czy coś-odpowiedziałam.
-Laura, to wspaniale! Ale czy ten chłopak nie będzie chciał czegoś w zamian?
-Nie rozumiem-zmarszczyłam brwi.
-Wiesz... Dostajesz pracę. Od niego...
-Van nie przesadzaj. Lubię go i myślę, że on mnie też. Tylko chciałam się ciebie zapytać, co o tym sądzisz. Czy powinnam przyjąć tę pracę czy raczej sobie odpuści.
-Moim zdaniem zdobyłabyś lepsze kwalifikację. Zawsze jak przestaniesz pracować u jego matki możesz zacząć pracę gdzie indziej z większym wykształceniem. Ale ja mu jakoś nie ufam.
-A ja tak. Może nie znam go zbyt długo, ale bardzo go lubię. Jest bardzo miły i troskliwy. I przychodzi codziennie. A poza tym będzie mnie uczył grać na pianinie!-powiedziałam z euforią.
-Może pierw trochę lepiej go poznaj, co?
-Tak. Dzięki za radę Van. Ja już będę kończyć-powiedziałam, a kiedy usłyszałam ciche ,,pa" po drugiej stronie rozłączyłam się. Przynajmniej taką mam nadzieję, że trafiłam w ten głupi klawisz.
Po chwili wyciągnęłam z szafy jakieś ciuchy. Nawet nie wiem jakie, bo przecież nie widzę. Mam 50% szans, że koszulka jest założona na dobrą stronę. Po chwili usłyszałam jak ktoś puka do drzwi.
-Proszę!-krzyknęłam.
-Cześć Laura-od razu poznałam ten głos. Ross.
-O hej. Ja dopiero wstałam, więc nigdzie nie idę-domyślałam się, że chciał iść na spacer, więc wolałam go uprzedzić, że jak na razie, nigdzie nie idę.
-Ja nie w tej sprawię-odpowiedział. Dałabym sobie głowę uciąć, że właśnie się uśmiechnął.
Ciekawe jak on wygląda.
-A co?-spytałam.
-Zastanowiłaś się nad moją ofertą?-spytał.
-Tak. Ale nie jestem w stanie jasno sprecyzować, czy chcę ją przyjąć-powiedziałam kierując się w stronę kuchni.
-Jak to nie jesteś w stanie?-spytał nie rozumiejąc. Szedł za mną.
-Ross... Wszystko uzgadniam z siostrą, a ona boi się o mnie. Myśli, że gdzieś jest tu haczyk-powiedziałam zgodnie z prawdą robiąc sobie kanapki z... czymś.
-Jaki haczyk? Laura, moje intencje są szczere-odpowiedział po chwili.
-Wiem. Ale ona tego nie rozumie i boi się kłopotów. A ja nie chcę, by była na mnie zła. Rozumiesz?-spytałam.
-Staram się.
Po chwili zapadła między nami cisza. Nie lubię takiej ciszy... Jest... Niezręczna...
-Wyjdziemy gdzieś?-słyszałam jego nie pewny głos. Uśmiechnęłam się.
-No a jak!-zaśmieliśmy się oboje.
***
-No to powiesz coś jeszcze o sobie?-spytał.
-A co ja mogę... Wiesz już prawie wszystko-zaśmiałam się-Za to ty... O tobie wiem naprawdę mało.
-A co ja ci mogę powiedzieć?
-Nie wiem... Jak wyglądasz?-o tak. To pytanie mnie nurtuje od początku naszej znajomości.
-Serio? To cię interesuje?-spytał.
-Tak.
-A co jak jestem grubym nastolatkiem, z okularami i aparatem na zębach?-spytał. Zaśmiałam się cichutko.
-Nie będzie mi to przeszkadzać. Przecież i tak nie widzę-powiedziałam z uśmiechem.
-O właśnie, ja w tej sprawię...
-Mojego kalectwa?-spytałam.
-Nie mów tak. Nie lubię tego słowa.
-No dobrze. Więc mojego upośledzenia?
-Tak też nie mów. Laura, ja na poważnie-powiedział wzdychając.
-No ja też-uśmiechnęłam się.
-Chodzi mi serio. Znalazłem takie ogłoszenie... Ale za nim przejdę do rzeczy, to może powiedz mi jak sobie radzisz z wadą, a raczej brakiem wzroku.
-No cóż... Dopiero wyszliśmy, a że jesteśmy przed blokiem to dam ci przykład. Widzisz tamto drzewo, na przeciw bloku?-spytałam. Znam już wszystko na pamięć.
-No tak... Nie mów, że ty też-powiedział z nadzieją.
-Nie, ale je pamiętam. Otóż jak chcę do niego dojść i na nie nie wpaść muszę iść tym samym krokiem, co zawsze, w takim samym czasie dwadzieścia kroków. Tak odmierzam odległość. Ja pójdę za szybko lub za wolno, to na nie wpadnę-powiedziałam zgodnie z prawdą-Albo jak zrobię większe lub mniejsze kroki. Ale ty je widzisz. I możesz na podstawie wzroku odmierzyć odległość rzeczywistą. Dla mnie jest ona tylko iluzją.
-Musi ci być ciężko-powiedział.
-Przyzwyczaiłam się.
-Nie chciałabyś tego zmienić?-spytał.
-No nie za bardzo. To tak jakbyś zaproponował Francuzowi, aby nauczył się Włoskiego, bo tak będzie dla niego lepiej. Wyśmieję cię i poda za głupca. Bo dla niego ten język jest lepszy. A ja nie znam innego świata. A raczej nie pamiętam. I chcę, by tak zostało-odpowiedziałam.
-Ale gdybyś miała możliwość odzyskania wzroku, czy byś z niej skorzystała?-spytał Ross.
-Nie. Na dzisiejszy czas nie-odpowiedziałam twardo, na myśl o wydarzeniach z przeszłości.
-Ja bym chciał. Zobacz, to znaczy posłuchaj, mogłabyś zobaczyć jak wyglądam. Jak pani Thouse wygląda. I jak Vanessa wygląda. Ten doktor, którego znalazłem to obiecuje-powiedział Ross.
-Błagam cię skończ. I nigdy więcej mi tego nie proponuj-powiedziałam po czym wróciłam do klatki. Sama.
*Oczami Rossa*
Nie mogłem tego zrozumieć. Znalazłem doktora, który robi operację ze skutkiem gwarantowanym. Nie rozumiałem, czemu Lau nie chce iść na tę operację. Przecież mogła by znów widzieć i przestać się męczyć.
Dlatego postanowiłem porozmawiać z jej siostrą. Trzeba było tylko znaleźć namiary...
-Dzień dobry Pani Thouse-powiedziałem wchodząc do sklepu.
-Witaj Ross. Jak się miewasz?-spytała z przemiłym uśmiechem.
-Bardzo dobrze-odpowiedziałem odwzajemniając gest.
-A co u rodziców? Jak się miewają?-spytała.
-Oni też. Proszę pani. Jest sprawa... Ale delikatna-dodałem.
-Chodzi o Laurunię?-spytała z nieukrywanym zaciekawieniem.
-Poniekąd. Muszę się dowiedzieć gdzie pracuję, bądź mieszka jej siostra-odpowiedziałem.
-Jej siostra? A do czego ci jej siostra?-spytała.
-Mam do niej sprawę, która właśnie dotyczy Laury. Ale Lau nie może się o tym dowiedzieć. To bardzo ważne-odpowiedziałem.
-No dobrze. Zaraz ci napiszę-westchnęła. Grunt, że o nic więcej nie pytała...
***
Witam z powrotem!
Ale się stęskniłam :D
Dziękuję, że na mnie czekaliście.
Zapraszam was jednak na mojego nowego bloga (piszę z tel więc po prostu podam link) follow-your-dream-raura.blogspot.com
Do nexta miśki :*
czwartek, 1 stycznia 2015
Helloł!
Mam dla was wiadomość :) Zapewne większość z was o niej słyszała... No tak. Tylko ci, którzy obserwują mojego drugiego bloga (http://she-is-enigma-raura.blogspot.com). A więc blog ten zostanie oczywiście wznowiony. Tylko z takim tyci tyci opóźnieniem...
A więc tego bloga wznawiam dopiero po zakończeniu Enigmy. Przepraszam, że tyle tu nie pisałam. Ale powinnam do Marca się wyrobić. Mam nadzieję, że tak będzie. Tam kończę ostatni sezon i wracam tu do was <3
Mam nadzieję, że mnie nie opuścicie :) Tu już zaczynam pisać ósmy ( i mam nadzieję) długi rozdział.
No więc... Jakbyście nie mogli się doczekać to zapraszam was do moich blogów:
http://she-is-enigma-raura.blogspot.com - opowiada o dziewczynie, która widziała śmierć swojej mamy. Trafia do sierocińca, a potem odziedzicza w spadku dom po ojcu, którego nigdy nie znała. Tam poznaje swoje przyrodnie siostry, przyjaciół oraz największego przyjaciela, do którego chyba coś zaczyna czuć...
Oraz do mojego bloga o One Shotach :)
http://one-shot-abi.blogspot.com - znajdują się tam OSy nie tylko moje, ale i wasze. Możecie mi tam wysyłać, a ja je wstawię :)
Także do zobaczenia wkrótce!!!
TEN BLOG BĘDZIE MIAŁ NIE WIĘCEJ NIŻ 30 ROZDZIAŁÓW
~Abileyson
A więc tego bloga wznawiam dopiero po zakończeniu Enigmy. Przepraszam, że tyle tu nie pisałam. Ale powinnam do Marca się wyrobić. Mam nadzieję, że tak będzie. Tam kończę ostatni sezon i wracam tu do was <3
Mam nadzieję, że mnie nie opuścicie :) Tu już zaczynam pisać ósmy ( i mam nadzieję) długi rozdział.
No więc... Jakbyście nie mogli się doczekać to zapraszam was do moich blogów:
http://she-is-enigma-raura.blogspot.com - opowiada o dziewczynie, która widziała śmierć swojej mamy. Trafia do sierocińca, a potem odziedzicza w spadku dom po ojcu, którego nigdy nie znała. Tam poznaje swoje przyrodnie siostry, przyjaciół oraz największego przyjaciela, do którego chyba coś zaczyna czuć...
Oraz do mojego bloga o One Shotach :)
http://one-shot-abi.blogspot.com - znajdują się tam OSy nie tylko moje, ale i wasze. Możecie mi tam wysyłać, a ja je wstawię :)
Także do zobaczenia wkrótce!!!
TEN BLOG BĘDZIE MIAŁ NIE WIĘCEJ NIŻ 30 ROZDZIAŁÓW
~Abileyson
czwartek, 23 października 2014
Blog zostanie wznowiony w styczniu 2015 roku
Jak na razie jest zawieszony aż do skończenia http://she-is-enigma-raura.blogspot.nl
Dziękuję wam za to, że jesteście!!!
Dziękuję moim miśkom i mojemu wsparciu :* <3
Dziękuję wam za to, że jesteście!!!
Dziękuję moim miśkom i mojemu wsparciu :* <3
piątek, 8 sierpnia 2014
Rozdział 7
*Oczami Laury*
Pni Stormie okazała się cudowną kobietą. Wcale nie zadawała jakiś głupich pytań, jak to wcześniej powiedział Ross. Cieszyła się, że mnie zaprosili. W końcu nadszedł czas na pytania o moim kalectwie.
-Laura? A ty nie widzisz od urodzenia?-spytała pani Stormie.
-Straciłam wzrok jak miałam 7 lat-powiedziałam zgodnie z prawdą.
-Jejku! Musi ci być strasznie ciężko!-krzyknęła z litością. Nienawidzę litości wobec mojej osoby. Czuję się jak kaleka!
-Nie jest tak ciężko. Jakoś sobie radzę-powiedziałam.
-Mieszkasz sama?-spytał tym razem łagodnym głosem pan Mark.
-Tak. Moja siostra na moją prośbę przeprowadziła się niedawno.
-Na twoją prośbę?-spytał ze zdziwieniem pan Mark.
-Tak. Chciałam się usamodzielnić i sprawdzić czy sama dam sobie radę.
-Ile twoja siostra ma lat?-spytała pani Stormie. Słyszałam jak Ross wzdycha. Chyba nie podobał się mu mój ,,wywiad" z jego rodzicami.
-W tym roku skończyła 36.
-36! A ty 18? Jak sobie radzisz?-spytała z lekkim szokiem pani Stormie.
-Mam dom, w którym mieszkam od dziecka, więc znam każdy szczegół na pamięć, co w moim przypadku jest wielkim ułatwieniem. Mam pracę...-nie dane mi było dokończyć, bo pani Stormie mi przeszkodziła.
-Masz pracę? Gdzie?-to kaleków już nigdzie nie przyjmują? Pytałam sama siebie.
-Będę zajmowała się indywidualnym pozyskiwaniem klientów dla firm ubezpieczeniowych.
-Od kiedy?-spytał tym razem pan Mark.
-Od następnego tygodnia. Już w poniedziałek.
-Czyli to za trzy dni-powiedział jakby do siebie.
-Widzisz Ross! Jaka zaradna! Jaka urocza i inteligentna! Taką synową to ja bym chciała mieć!-krzyknęła z euforią pani Stormie. Zaśmiałam się lekko.
-Mamo!-krzyknął speszony Ross. Był zakłopotany całą tą sytuacją. A ja się cieszyłam, że Pani Stormie i pan Mark nie oceniają pochopnie i z góry ludzi i traktują normalnie moje kalectwo. Też jestem człowiekiem takim jak oni, tylko, że moje życie nie jest barwne i kolorowe, ale czarne i tylko czarne. Niestety...
-To teraz pora na deser!-krzyknęła po chwili pani Stormie. Słyszałam jak ze stołu zbiera brudne talerze i gdzieś je zanosi. Gdybym mieszkała w tym domu lub byłabym niemową zapewne bym jej pomogła. Ale niestety nie widzę, więc nawet nie znam drogi do jej kuchni...
-Co na deser?-spytałam Rossa, który siedział obok mnie.
-Niespodzianka-powiedział tajemniczo-Jesteś na coś uczulona?-spytał po chwili.
-Nie. A przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo.
-To dobrze.
-Podano do stołu!-krzyknęła z euforią pani Stormie i słychać było tylko jak talerze posuwają się w naszym kierunku. Czyli deser jest gdzieś koło mnie.
Ross podał mi coś do ręki. Dotknęłam to opuszkami palców. Okazał się być to widelczyk. Drugą ręką pomógł mi znaleźć gdzie mniej-więcej znajduje się talerzyk z jakimś deserem.
-Spójrz Mark-szepnęła pani Stormie swojego męża myśląc, że nie słyszymy-Jak oni słodko razem wyglądają! A znają się dopiero kilka dni-powiedziała z radością na co się zaśmiałam. Po chwili widelczyk zatopiłam w deserze i skierowałam go do ust.
-Jakie to pyszne! Co to?-spytałam po chwili. Byłam zachwycona tym deserem. Nigdy nie jadłam czegoś takiego. Deser puszysty z biszkoptami i nutką alkoholu. Wyczuwalne było również kakao.
-To tiramisu-powiedziała dumnie pani Stormie. Nie pysznie jak niektórzy kojarzą sobie te słowo, ale dumnie w sense, że była szczęśliwa z mojej opinii. Ci ludzie są tacy mili! Ciekawe jaka byłaby moja mama... Jak na złość właśnie pan Mark zaczął o nią pytać:
-A co z twoimi rodzicami?
-Nie żyją-powiedziałam smutno.
-Tak mi przykro! Nie wiedzieliśmy!-krzyknęła natychmiastowo ze skruchą pani Stormie.
-Spokojnie. Nic się nie stało-odpowiedziałam ze stoickim spokojem. Fakt faktem chciałam ich zawsze mieć, wiedzieć jacy byli, jak wglądali... Chciałam zawsze mieć mamę i tatę, ale nie jest to już możliwe. Niestety...
-A mogę wiedzieć od kiedy?-spytała pani Stormie z troską.
-Mama zmarła przy porodzie, a tata trzy miesiące później...
-Zmarł 3 miesiące później? A wiadomo czemu?
-Serce mu pękło-powiedziałam smutno.
-Jejku! Tak mi przykro skarbie! Wiem, że nie powinnam tego mówić, ale ty nigdy nie miałaś rodziców, a słuchając tego co mówisz musieli się strasznie kochać, że twój tata zmarł 3 miesiące później. Dlatego jak chcesz możesz nas nazywać swoimi rodzicami-powiedziała pani Stormie z troską.
-Naprawdę nie trzeba!-krzyknęłam prawie natychmiastowo.
-Ale jak będziesz chciała to możesz nas tak nazywać-powiedziała i bardzo życzliwie. Chyba nawet się uśmiechnęła. Kochana pani Stormie. Dokładnie jak pani Thouse!
Pni Stormie okazała się cudowną kobietą. Wcale nie zadawała jakiś głupich pytań, jak to wcześniej powiedział Ross. Cieszyła się, że mnie zaprosili. W końcu nadszedł czas na pytania o moim kalectwie.
-Laura? A ty nie widzisz od urodzenia?-spytała pani Stormie.
-Straciłam wzrok jak miałam 7 lat-powiedziałam zgodnie z prawdą.
-Jejku! Musi ci być strasznie ciężko!-krzyknęła z litością. Nienawidzę litości wobec mojej osoby. Czuję się jak kaleka!
-Nie jest tak ciężko. Jakoś sobie radzę-powiedziałam.
-Mieszkasz sama?-spytał tym razem łagodnym głosem pan Mark.
-Tak. Moja siostra na moją prośbę przeprowadziła się niedawno.
-Na twoją prośbę?-spytał ze zdziwieniem pan Mark.
-Tak. Chciałam się usamodzielnić i sprawdzić czy sama dam sobie radę.
-Ile twoja siostra ma lat?-spytała pani Stormie. Słyszałam jak Ross wzdycha. Chyba nie podobał się mu mój ,,wywiad" z jego rodzicami.
-W tym roku skończyła 36.
-36! A ty 18? Jak sobie radzisz?-spytała z lekkim szokiem pani Stormie.
-Mam dom, w którym mieszkam od dziecka, więc znam każdy szczegół na pamięć, co w moim przypadku jest wielkim ułatwieniem. Mam pracę...-nie dane mi było dokończyć, bo pani Stormie mi przeszkodziła.
-Masz pracę? Gdzie?-to kaleków już nigdzie nie przyjmują? Pytałam sama siebie.
-Będę zajmowała się indywidualnym pozyskiwaniem klientów dla firm ubezpieczeniowych.
-Od kiedy?-spytał tym razem pan Mark.
-Od następnego tygodnia. Już w poniedziałek.
-Czyli to za trzy dni-powiedział jakby do siebie.
-Widzisz Ross! Jaka zaradna! Jaka urocza i inteligentna! Taką synową to ja bym chciała mieć!-krzyknęła z euforią pani Stormie. Zaśmiałam się lekko.
-Mamo!-krzyknął speszony Ross. Był zakłopotany całą tą sytuacją. A ja się cieszyłam, że Pani Stormie i pan Mark nie oceniają pochopnie i z góry ludzi i traktują normalnie moje kalectwo. Też jestem człowiekiem takim jak oni, tylko, że moje życie nie jest barwne i kolorowe, ale czarne i tylko czarne. Niestety...
-To teraz pora na deser!-krzyknęła po chwili pani Stormie. Słyszałam jak ze stołu zbiera brudne talerze i gdzieś je zanosi. Gdybym mieszkała w tym domu lub byłabym niemową zapewne bym jej pomogła. Ale niestety nie widzę, więc nawet nie znam drogi do jej kuchni...
-Co na deser?-spytałam Rossa, który siedział obok mnie.
-Niespodzianka-powiedział tajemniczo-Jesteś na coś uczulona?-spytał po chwili.
-Nie. A przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo.
-To dobrze.
-Podano do stołu!-krzyknęła z euforią pani Stormie i słychać było tylko jak talerze posuwają się w naszym kierunku. Czyli deser jest gdzieś koło mnie.
Ross podał mi coś do ręki. Dotknęłam to opuszkami palców. Okazał się być to widelczyk. Drugą ręką pomógł mi znaleźć gdzie mniej-więcej znajduje się talerzyk z jakimś deserem.
-Spójrz Mark-szepnęła pani Stormie swojego męża myśląc, że nie słyszymy-Jak oni słodko razem wyglądają! A znają się dopiero kilka dni-powiedziała z radością na co się zaśmiałam. Po chwili widelczyk zatopiłam w deserze i skierowałam go do ust.
-Jakie to pyszne! Co to?-spytałam po chwili. Byłam zachwycona tym deserem. Nigdy nie jadłam czegoś takiego. Deser puszysty z biszkoptami i nutką alkoholu. Wyczuwalne było również kakao.
-To tiramisu-powiedziała dumnie pani Stormie. Nie pysznie jak niektórzy kojarzą sobie te słowo, ale dumnie w sense, że była szczęśliwa z mojej opinii. Ci ludzie są tacy mili! Ciekawe jaka byłaby moja mama... Jak na złość właśnie pan Mark zaczął o nią pytać:
-A co z twoimi rodzicami?
-Nie żyją-powiedziałam smutno.
-Tak mi przykro! Nie wiedzieliśmy!-krzyknęła natychmiastowo ze skruchą pani Stormie.
-Spokojnie. Nic się nie stało-odpowiedziałam ze stoickim spokojem. Fakt faktem chciałam ich zawsze mieć, wiedzieć jacy byli, jak wglądali... Chciałam zawsze mieć mamę i tatę, ale nie jest to już możliwe. Niestety...
-A mogę wiedzieć od kiedy?-spytała pani Stormie z troską.
-Mama zmarła przy porodzie, a tata trzy miesiące później...
-Zmarł 3 miesiące później? A wiadomo czemu?
-Serce mu pękło-powiedziałam smutno.
-Jejku! Tak mi przykro skarbie! Wiem, że nie powinnam tego mówić, ale ty nigdy nie miałaś rodziców, a słuchając tego co mówisz musieli się strasznie kochać, że twój tata zmarł 3 miesiące później. Dlatego jak chcesz możesz nas nazywać swoimi rodzicami-powiedziała pani Stormie z troską.
-Naprawdę nie trzeba!-krzyknęłam prawie natychmiastowo.
-Ale jak będziesz chciała to możesz nas tak nazywać-powiedziała i bardzo życzliwie. Chyba nawet się uśmiechnęła. Kochana pani Stormie. Dokładnie jak pani Thouse!
***
Witam was! Postanowiłam NIE ZAWIESZAĆ bloga przez jedno wredne stworzenie, które wzięło mnie szantażem, abym nie zawieszała bloga (tak Patata! O ciebie chodzi XD). Tak więc możecie podziękować temu stworzeniu, jak już wspomniałam to Patataciątko. Nie wiem czy wiecie, ale dziś mija miesiąc od czasu, kiedy założyłam tego bloga:) Proszę o komentarze, dzięki którym mnie motywujecie!
środa, 6 sierpnia 2014
Rozdział 6
*Oczami Laury*
<Następny dzień - Ranek>
Zwlekłam się z łóżka mocno przeciągając. Inni mają inne problemy przy budzeniu takie jak wyostrzenie wzroku, ale ja takiego czegoś nie mam. Choć zdziwię was jednym - nadal pamiętam jak to jest. Mimo, że nie widzę od 11 lat, to i tak pamiętam niektóre szczegóły. Kolory... Hmm... Tu pamiętam tylko kilka. Żółty, czerwony, niebieski, zielony oraz biały. Resztę Van mi mówi, że jest fiolet i róż, i jeszcze inne, ale ja i tak nie pamiętam tych kolorów. W każdym bądź razie odbiegam od tematu. Wstałam i podeszłam do szafy. Znam jej położenie na pamięć, więc nie miałam problemu.
Dziś przychodzi po mnie Ross. Tak... Idziemy razem do jego rodziców. Postanowiłam więc wyszukać czarną sukienkę, którą Vanessa mi kupiła niedawno. Skąd wiem jaki kolor? Powiedziała mi. Także zaczęłam ręką błądzić w szafie, w celu wyszukania tego materiału... Tak... Niepowtarzalny. Nigdy takiego nie miałam. Ale co ja będę rozpisywać się o moim ubiorze. Raz dwa ubrałam się i poszłam do kuchni w celu przyrządzenia sobie śniadania. A mianowicie pójść wyciągnąć z lodówki jogurt naturalny i wyciągnąć z szafki płatki. Zawsze zostawiam je w tym samym miejscu.
Po skończonym śniadaniu podeszłam do zlewu w celu umycia naczyń. Ross zostawił tu też naczynia po wczorajszym obiedzie. Aż tak wielką kaleką nie jestem aby sama nie umyć naczyń...
Nagle usłyszałam pukanie do drzwi.
-Proszę!-krzyknęłam szybko nie przerywając danej czynności.
-Wow-usłyszałam za swoimi plecami.
-Co ,,wow"?
-Ślicznie wyglądasz-powiedział Ross. Tak na bank to był Ross. Każdy ma niepowtarzalną barwę głosu, a że ja odkąd nie widzę mam lepszy słuch potrafię rozpoznać czyj do kogo należy.
-Dziękuję-odparłam z lekkim uśmiechem na ustach.
-Pomóc ci?-spytał Ross.
-Nie jestem kaleką-powiedziałam szybko.
-Ja wcale tak nie twierdzę-powiedział szybko.
-Więc kiedy ja cię nie proszę o pomoc nie proponuj mi jej, bo czuję się wtedy jak kaleka...
-Rozumiem. Nie chciałem abyś się tak poczuła.
-Okey. Ja już skończyłam. Idziemy?
-Tak. Chodź-czułam jak złapał mnie pod ramię. Zaśmiałam się cichutko. Wzięłam po drodze klucze, ubrałam buty, zamknęłam dom z pomocą Rossa i poszliśmy. Oczywiście z jego prowadzeniem.
-Nie przestrasz się moich rodziców. Czasem palną jakieś głupoty-uprzedził mnie Ross.
-Oni wiedzą, że ja... Że ja...-nie mogłam się wysłowić.
-Tak. Powiedziałem im-Ross odpowiedział na moje nie zadane do końca pytanie.
-Dziękuję-powiedziałam cicho.
-Nie ma za co-czułam po jego tonie głosu, że się uśmiecha. Fajny jest.
-To tu-powiedział po chwili.
-Tak blisko?
-A ty myślałaś, że przychodzę do pani Thouse z nudów? To sklep najbliżej naszego domu. Jakby co będę cię cały czas trzymał za rękę. Abyś no wiesz...
-Tak, zrozumiałam. Będziesz moim przewodnikiem-zaśmiałam się.
-Coś w tym stylu. To zapraszam-powiedział i usłyszałam skrzyp otwieranych drzwi.
-Dzień dobry!-rzuciłam w bezgłośną przestrzeń. Czułam jak Ross łapie mnie za rękę.
-O witaj skarbie!-słyszałam z oddali czyjeś kroki i kobiecy głos-Ty pewnie jesteś tą śliczną Laurą, o której Ross nie może przestać mówić. Rzeczywiście jesteś piękna-głos był bardzo blisko mnie. Uśmiechnęłam się na słowa tej kobiety. Ja? Śliczna? Vanessa czasem mi mówiła coś takiego. Szkoda, że nie wiem jak wyglądam.
-Ty pewnie jesteś tą dziewczyną Rossa?-spytał tym razem męski głos tuż obok mnie.
-Ja...-nie dokończyłam, bo Ross mi przerwał.
-Tato, mówiłem, że Laurę znam od wczoraj, a ona jest moją przyjaciółką, nie dziewczyną-wybronił się speszony Ross.
-Dobra chodźmy! Już obiad nakładam!-krzyknęła mama Rossa. Tak... Na pewno to była ona. Ale zaraz, obiad?
-Ross? O której wy jecie obiad?-spytałam zaskoczona.
-Zazwyczaj o pierwszej, a co?
-A która jest?
-12:54.
-To do której ja spałam!-spytałam zaskoczona.
-A może raczej ile myłaś gary?-spytał i oboje się zaśmieliśmy.
<Następny dzień - Ranek>
Zwlekłam się z łóżka mocno przeciągając. Inni mają inne problemy przy budzeniu takie jak wyostrzenie wzroku, ale ja takiego czegoś nie mam. Choć zdziwię was jednym - nadal pamiętam jak to jest. Mimo, że nie widzę od 11 lat, to i tak pamiętam niektóre szczegóły. Kolory... Hmm... Tu pamiętam tylko kilka. Żółty, czerwony, niebieski, zielony oraz biały. Resztę Van mi mówi, że jest fiolet i róż, i jeszcze inne, ale ja i tak nie pamiętam tych kolorów. W każdym bądź razie odbiegam od tematu. Wstałam i podeszłam do szafy. Znam jej położenie na pamięć, więc nie miałam problemu.
Dziś przychodzi po mnie Ross. Tak... Idziemy razem do jego rodziców. Postanowiłam więc wyszukać czarną sukienkę, którą Vanessa mi kupiła niedawno. Skąd wiem jaki kolor? Powiedziała mi. Także zaczęłam ręką błądzić w szafie, w celu wyszukania tego materiału... Tak... Niepowtarzalny. Nigdy takiego nie miałam. Ale co ja będę rozpisywać się o moim ubiorze. Raz dwa ubrałam się i poszłam do kuchni w celu przyrządzenia sobie śniadania. A mianowicie pójść wyciągnąć z lodówki jogurt naturalny i wyciągnąć z szafki płatki. Zawsze zostawiam je w tym samym miejscu.
Po skończonym śniadaniu podeszłam do zlewu w celu umycia naczyń. Ross zostawił tu też naczynia po wczorajszym obiedzie. Aż tak wielką kaleką nie jestem aby sama nie umyć naczyń...
Nagle usłyszałam pukanie do drzwi.
-Proszę!-krzyknęłam szybko nie przerywając danej czynności.
-Wow-usłyszałam za swoimi plecami.
-Co ,,wow"?
-Ślicznie wyglądasz-powiedział Ross. Tak na bank to był Ross. Każdy ma niepowtarzalną barwę głosu, a że ja odkąd nie widzę mam lepszy słuch potrafię rozpoznać czyj do kogo należy.
-Dziękuję-odparłam z lekkim uśmiechem na ustach.
-Pomóc ci?-spytał Ross.
-Nie jestem kaleką-powiedziałam szybko.
-Ja wcale tak nie twierdzę-powiedział szybko.
-Więc kiedy ja cię nie proszę o pomoc nie proponuj mi jej, bo czuję się wtedy jak kaleka...
-Rozumiem. Nie chciałem abyś się tak poczuła.
-Okey. Ja już skończyłam. Idziemy?
-Tak. Chodź-czułam jak złapał mnie pod ramię. Zaśmiałam się cichutko. Wzięłam po drodze klucze, ubrałam buty, zamknęłam dom z pomocą Rossa i poszliśmy. Oczywiście z jego prowadzeniem.
-Nie przestrasz się moich rodziców. Czasem palną jakieś głupoty-uprzedził mnie Ross.
-Oni wiedzą, że ja... Że ja...-nie mogłam się wysłowić.
-Tak. Powiedziałem im-Ross odpowiedział na moje nie zadane do końca pytanie.
-Dziękuję-powiedziałam cicho.
-Nie ma za co-czułam po jego tonie głosu, że się uśmiecha. Fajny jest.
-To tu-powiedział po chwili.
-Tak blisko?
-A ty myślałaś, że przychodzę do pani Thouse z nudów? To sklep najbliżej naszego domu. Jakby co będę cię cały czas trzymał za rękę. Abyś no wiesz...
-Tak, zrozumiałam. Będziesz moim przewodnikiem-zaśmiałam się.
-Coś w tym stylu. To zapraszam-powiedział i usłyszałam skrzyp otwieranych drzwi.
-Dzień dobry!-rzuciłam w bezgłośną przestrzeń. Czułam jak Ross łapie mnie za rękę.
-O witaj skarbie!-słyszałam z oddali czyjeś kroki i kobiecy głos-Ty pewnie jesteś tą śliczną Laurą, o której Ross nie może przestać mówić. Rzeczywiście jesteś piękna-głos był bardzo blisko mnie. Uśmiechnęłam się na słowa tej kobiety. Ja? Śliczna? Vanessa czasem mi mówiła coś takiego. Szkoda, że nie wiem jak wyglądam.
-Ty pewnie jesteś tą dziewczyną Rossa?-spytał tym razem męski głos tuż obok mnie.
-Ja...-nie dokończyłam, bo Ross mi przerwał.
-Tato, mówiłem, że Laurę znam od wczoraj, a ona jest moją przyjaciółką, nie dziewczyną-wybronił się speszony Ross.
-Dobra chodźmy! Już obiad nakładam!-krzyknęła mama Rossa. Tak... Na pewno to była ona. Ale zaraz, obiad?
-Ross? O której wy jecie obiad?-spytałam zaskoczona.
-Zazwyczaj o pierwszej, a co?
-A która jest?
-12:54.
-To do której ja spałam!-spytałam zaskoczona.
-A może raczej ile myłaś gary?-spytał i oboje się zaśmieliśmy.
***
Przepraszam, że rozdział taki krótki i dziwny, ale nie mam na niego weny:/ Zastanawiam się nad zawieszeniem bloga, na czas nieokreślony:/ Decyzja zależy od was. Pamiętajcie:
Komentarz = Motywacja
Do napisania!
Subskrybuj:
Posty (Atom)