Jak na razie jest zawieszony aż do skończenia http://she-is-enigma-raura.blogspot.nl
Dziękuję wam za to, że jesteście!!!
Dziękuję moim miśkom i mojemu wsparciu :* <3
czwartek, 23 października 2014
piątek, 8 sierpnia 2014
Rozdział 7
*Oczami Laury*
Pni Stormie okazała się cudowną kobietą. Wcale nie zadawała jakiś głupich pytań, jak to wcześniej powiedział Ross. Cieszyła się, że mnie zaprosili. W końcu nadszedł czas na pytania o moim kalectwie.
-Laura? A ty nie widzisz od urodzenia?-spytała pani Stormie.
-Straciłam wzrok jak miałam 7 lat-powiedziałam zgodnie z prawdą.
-Jejku! Musi ci być strasznie ciężko!-krzyknęła z litością. Nienawidzę litości wobec mojej osoby. Czuję się jak kaleka!
-Nie jest tak ciężko. Jakoś sobie radzę-powiedziałam.
-Mieszkasz sama?-spytał tym razem łagodnym głosem pan Mark.
-Tak. Moja siostra na moją prośbę przeprowadziła się niedawno.
-Na twoją prośbę?-spytał ze zdziwieniem pan Mark.
-Tak. Chciałam się usamodzielnić i sprawdzić czy sama dam sobie radę.
-Ile twoja siostra ma lat?-spytała pani Stormie. Słyszałam jak Ross wzdycha. Chyba nie podobał się mu mój ,,wywiad" z jego rodzicami.
-W tym roku skończyła 36.
-36! A ty 18? Jak sobie radzisz?-spytała z lekkim szokiem pani Stormie.
-Mam dom, w którym mieszkam od dziecka, więc znam każdy szczegół na pamięć, co w moim przypadku jest wielkim ułatwieniem. Mam pracę...-nie dane mi było dokończyć, bo pani Stormie mi przeszkodziła.
-Masz pracę? Gdzie?-to kaleków już nigdzie nie przyjmują? Pytałam sama siebie.
-Będę zajmowała się indywidualnym pozyskiwaniem klientów dla firm ubezpieczeniowych.
-Od kiedy?-spytał tym razem pan Mark.
-Od następnego tygodnia. Już w poniedziałek.
-Czyli to za trzy dni-powiedział jakby do siebie.
-Widzisz Ross! Jaka zaradna! Jaka urocza i inteligentna! Taką synową to ja bym chciała mieć!-krzyknęła z euforią pani Stormie. Zaśmiałam się lekko.
-Mamo!-krzyknął speszony Ross. Był zakłopotany całą tą sytuacją. A ja się cieszyłam, że Pani Stormie i pan Mark nie oceniają pochopnie i z góry ludzi i traktują normalnie moje kalectwo. Też jestem człowiekiem takim jak oni, tylko, że moje życie nie jest barwne i kolorowe, ale czarne i tylko czarne. Niestety...
-To teraz pora na deser!-krzyknęła po chwili pani Stormie. Słyszałam jak ze stołu zbiera brudne talerze i gdzieś je zanosi. Gdybym mieszkała w tym domu lub byłabym niemową zapewne bym jej pomogła. Ale niestety nie widzę, więc nawet nie znam drogi do jej kuchni...
-Co na deser?-spytałam Rossa, który siedział obok mnie.
-Niespodzianka-powiedział tajemniczo-Jesteś na coś uczulona?-spytał po chwili.
-Nie. A przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo.
-To dobrze.
-Podano do stołu!-krzyknęła z euforią pani Stormie i słychać było tylko jak talerze posuwają się w naszym kierunku. Czyli deser jest gdzieś koło mnie.
Ross podał mi coś do ręki. Dotknęłam to opuszkami palców. Okazał się być to widelczyk. Drugą ręką pomógł mi znaleźć gdzie mniej-więcej znajduje się talerzyk z jakimś deserem.
-Spójrz Mark-szepnęła pani Stormie swojego męża myśląc, że nie słyszymy-Jak oni słodko razem wyglądają! A znają się dopiero kilka dni-powiedziała z radością na co się zaśmiałam. Po chwili widelczyk zatopiłam w deserze i skierowałam go do ust.
-Jakie to pyszne! Co to?-spytałam po chwili. Byłam zachwycona tym deserem. Nigdy nie jadłam czegoś takiego. Deser puszysty z biszkoptami i nutką alkoholu. Wyczuwalne było również kakao.
-To tiramisu-powiedziała dumnie pani Stormie. Nie pysznie jak niektórzy kojarzą sobie te słowo, ale dumnie w sense, że była szczęśliwa z mojej opinii. Ci ludzie są tacy mili! Ciekawe jaka byłaby moja mama... Jak na złość właśnie pan Mark zaczął o nią pytać:
-A co z twoimi rodzicami?
-Nie żyją-powiedziałam smutno.
-Tak mi przykro! Nie wiedzieliśmy!-krzyknęła natychmiastowo ze skruchą pani Stormie.
-Spokojnie. Nic się nie stało-odpowiedziałam ze stoickim spokojem. Fakt faktem chciałam ich zawsze mieć, wiedzieć jacy byli, jak wglądali... Chciałam zawsze mieć mamę i tatę, ale nie jest to już możliwe. Niestety...
-A mogę wiedzieć od kiedy?-spytała pani Stormie z troską.
-Mama zmarła przy porodzie, a tata trzy miesiące później...
-Zmarł 3 miesiące później? A wiadomo czemu?
-Serce mu pękło-powiedziałam smutno.
-Jejku! Tak mi przykro skarbie! Wiem, że nie powinnam tego mówić, ale ty nigdy nie miałaś rodziców, a słuchając tego co mówisz musieli się strasznie kochać, że twój tata zmarł 3 miesiące później. Dlatego jak chcesz możesz nas nazywać swoimi rodzicami-powiedziała pani Stormie z troską.
-Naprawdę nie trzeba!-krzyknęłam prawie natychmiastowo.
-Ale jak będziesz chciała to możesz nas tak nazywać-powiedziała i bardzo życzliwie. Chyba nawet się uśmiechnęła. Kochana pani Stormie. Dokładnie jak pani Thouse!
Pni Stormie okazała się cudowną kobietą. Wcale nie zadawała jakiś głupich pytań, jak to wcześniej powiedział Ross. Cieszyła się, że mnie zaprosili. W końcu nadszedł czas na pytania o moim kalectwie.
-Laura? A ty nie widzisz od urodzenia?-spytała pani Stormie.
-Straciłam wzrok jak miałam 7 lat-powiedziałam zgodnie z prawdą.
-Jejku! Musi ci być strasznie ciężko!-krzyknęła z litością. Nienawidzę litości wobec mojej osoby. Czuję się jak kaleka!
-Nie jest tak ciężko. Jakoś sobie radzę-powiedziałam.
-Mieszkasz sama?-spytał tym razem łagodnym głosem pan Mark.
-Tak. Moja siostra na moją prośbę przeprowadziła się niedawno.
-Na twoją prośbę?-spytał ze zdziwieniem pan Mark.
-Tak. Chciałam się usamodzielnić i sprawdzić czy sama dam sobie radę.
-Ile twoja siostra ma lat?-spytała pani Stormie. Słyszałam jak Ross wzdycha. Chyba nie podobał się mu mój ,,wywiad" z jego rodzicami.
-W tym roku skończyła 36.
-36! A ty 18? Jak sobie radzisz?-spytała z lekkim szokiem pani Stormie.
-Mam dom, w którym mieszkam od dziecka, więc znam każdy szczegół na pamięć, co w moim przypadku jest wielkim ułatwieniem. Mam pracę...-nie dane mi było dokończyć, bo pani Stormie mi przeszkodziła.
-Masz pracę? Gdzie?-to kaleków już nigdzie nie przyjmują? Pytałam sama siebie.
-Będę zajmowała się indywidualnym pozyskiwaniem klientów dla firm ubezpieczeniowych.
-Od kiedy?-spytał tym razem pan Mark.
-Od następnego tygodnia. Już w poniedziałek.
-Czyli to za trzy dni-powiedział jakby do siebie.
-Widzisz Ross! Jaka zaradna! Jaka urocza i inteligentna! Taką synową to ja bym chciała mieć!-krzyknęła z euforią pani Stormie. Zaśmiałam się lekko.
-Mamo!-krzyknął speszony Ross. Był zakłopotany całą tą sytuacją. A ja się cieszyłam, że Pani Stormie i pan Mark nie oceniają pochopnie i z góry ludzi i traktują normalnie moje kalectwo. Też jestem człowiekiem takim jak oni, tylko, że moje życie nie jest barwne i kolorowe, ale czarne i tylko czarne. Niestety...
-To teraz pora na deser!-krzyknęła po chwili pani Stormie. Słyszałam jak ze stołu zbiera brudne talerze i gdzieś je zanosi. Gdybym mieszkała w tym domu lub byłabym niemową zapewne bym jej pomogła. Ale niestety nie widzę, więc nawet nie znam drogi do jej kuchni...
-Co na deser?-spytałam Rossa, który siedział obok mnie.
-Niespodzianka-powiedział tajemniczo-Jesteś na coś uczulona?-spytał po chwili.
-Nie. A przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo.
-To dobrze.
-Podano do stołu!-krzyknęła z euforią pani Stormie i słychać było tylko jak talerze posuwają się w naszym kierunku. Czyli deser jest gdzieś koło mnie.
Ross podał mi coś do ręki. Dotknęłam to opuszkami palców. Okazał się być to widelczyk. Drugą ręką pomógł mi znaleźć gdzie mniej-więcej znajduje się talerzyk z jakimś deserem.
-Spójrz Mark-szepnęła pani Stormie swojego męża myśląc, że nie słyszymy-Jak oni słodko razem wyglądają! A znają się dopiero kilka dni-powiedziała z radością na co się zaśmiałam. Po chwili widelczyk zatopiłam w deserze i skierowałam go do ust.
-Jakie to pyszne! Co to?-spytałam po chwili. Byłam zachwycona tym deserem. Nigdy nie jadłam czegoś takiego. Deser puszysty z biszkoptami i nutką alkoholu. Wyczuwalne było również kakao.
-To tiramisu-powiedziała dumnie pani Stormie. Nie pysznie jak niektórzy kojarzą sobie te słowo, ale dumnie w sense, że była szczęśliwa z mojej opinii. Ci ludzie są tacy mili! Ciekawe jaka byłaby moja mama... Jak na złość właśnie pan Mark zaczął o nią pytać:
-A co z twoimi rodzicami?
-Nie żyją-powiedziałam smutno.
-Tak mi przykro! Nie wiedzieliśmy!-krzyknęła natychmiastowo ze skruchą pani Stormie.
-Spokojnie. Nic się nie stało-odpowiedziałam ze stoickim spokojem. Fakt faktem chciałam ich zawsze mieć, wiedzieć jacy byli, jak wglądali... Chciałam zawsze mieć mamę i tatę, ale nie jest to już możliwe. Niestety...
-A mogę wiedzieć od kiedy?-spytała pani Stormie z troską.
-Mama zmarła przy porodzie, a tata trzy miesiące później...
-Zmarł 3 miesiące później? A wiadomo czemu?
-Serce mu pękło-powiedziałam smutno.
-Jejku! Tak mi przykro skarbie! Wiem, że nie powinnam tego mówić, ale ty nigdy nie miałaś rodziców, a słuchając tego co mówisz musieli się strasznie kochać, że twój tata zmarł 3 miesiące później. Dlatego jak chcesz możesz nas nazywać swoimi rodzicami-powiedziała pani Stormie z troską.
-Naprawdę nie trzeba!-krzyknęłam prawie natychmiastowo.
-Ale jak będziesz chciała to możesz nas tak nazywać-powiedziała i bardzo życzliwie. Chyba nawet się uśmiechnęła. Kochana pani Stormie. Dokładnie jak pani Thouse!
***
Witam was! Postanowiłam NIE ZAWIESZAĆ bloga przez jedno wredne stworzenie, które wzięło mnie szantażem, abym nie zawieszała bloga (tak Patata! O ciebie chodzi XD). Tak więc możecie podziękować temu stworzeniu, jak już wspomniałam to Patataciątko. Nie wiem czy wiecie, ale dziś mija miesiąc od czasu, kiedy założyłam tego bloga:) Proszę o komentarze, dzięki którym mnie motywujecie!
środa, 6 sierpnia 2014
Rozdział 6
*Oczami Laury*
<Następny dzień - Ranek>
Zwlekłam się z łóżka mocno przeciągając. Inni mają inne problemy przy budzeniu takie jak wyostrzenie wzroku, ale ja takiego czegoś nie mam. Choć zdziwię was jednym - nadal pamiętam jak to jest. Mimo, że nie widzę od 11 lat, to i tak pamiętam niektóre szczegóły. Kolory... Hmm... Tu pamiętam tylko kilka. Żółty, czerwony, niebieski, zielony oraz biały. Resztę Van mi mówi, że jest fiolet i róż, i jeszcze inne, ale ja i tak nie pamiętam tych kolorów. W każdym bądź razie odbiegam od tematu. Wstałam i podeszłam do szafy. Znam jej położenie na pamięć, więc nie miałam problemu.
Dziś przychodzi po mnie Ross. Tak... Idziemy razem do jego rodziców. Postanowiłam więc wyszukać czarną sukienkę, którą Vanessa mi kupiła niedawno. Skąd wiem jaki kolor? Powiedziała mi. Także zaczęłam ręką błądzić w szafie, w celu wyszukania tego materiału... Tak... Niepowtarzalny. Nigdy takiego nie miałam. Ale co ja będę rozpisywać się o moim ubiorze. Raz dwa ubrałam się i poszłam do kuchni w celu przyrządzenia sobie śniadania. A mianowicie pójść wyciągnąć z lodówki jogurt naturalny i wyciągnąć z szafki płatki. Zawsze zostawiam je w tym samym miejscu.
Po skończonym śniadaniu podeszłam do zlewu w celu umycia naczyń. Ross zostawił tu też naczynia po wczorajszym obiedzie. Aż tak wielką kaleką nie jestem aby sama nie umyć naczyń...
Nagle usłyszałam pukanie do drzwi.
-Proszę!-krzyknęłam szybko nie przerywając danej czynności.
-Wow-usłyszałam za swoimi plecami.
-Co ,,wow"?
-Ślicznie wyglądasz-powiedział Ross. Tak na bank to był Ross. Każdy ma niepowtarzalną barwę głosu, a że ja odkąd nie widzę mam lepszy słuch potrafię rozpoznać czyj do kogo należy.
-Dziękuję-odparłam z lekkim uśmiechem na ustach.
-Pomóc ci?-spytał Ross.
-Nie jestem kaleką-powiedziałam szybko.
-Ja wcale tak nie twierdzę-powiedział szybko.
-Więc kiedy ja cię nie proszę o pomoc nie proponuj mi jej, bo czuję się wtedy jak kaleka...
-Rozumiem. Nie chciałem abyś się tak poczuła.
-Okey. Ja już skończyłam. Idziemy?
-Tak. Chodź-czułam jak złapał mnie pod ramię. Zaśmiałam się cichutko. Wzięłam po drodze klucze, ubrałam buty, zamknęłam dom z pomocą Rossa i poszliśmy. Oczywiście z jego prowadzeniem.
-Nie przestrasz się moich rodziców. Czasem palną jakieś głupoty-uprzedził mnie Ross.
-Oni wiedzą, że ja... Że ja...-nie mogłam się wysłowić.
-Tak. Powiedziałem im-Ross odpowiedział na moje nie zadane do końca pytanie.
-Dziękuję-powiedziałam cicho.
-Nie ma za co-czułam po jego tonie głosu, że się uśmiecha. Fajny jest.
-To tu-powiedział po chwili.
-Tak blisko?
-A ty myślałaś, że przychodzę do pani Thouse z nudów? To sklep najbliżej naszego domu. Jakby co będę cię cały czas trzymał za rękę. Abyś no wiesz...
-Tak, zrozumiałam. Będziesz moim przewodnikiem-zaśmiałam się.
-Coś w tym stylu. To zapraszam-powiedział i usłyszałam skrzyp otwieranych drzwi.
-Dzień dobry!-rzuciłam w bezgłośną przestrzeń. Czułam jak Ross łapie mnie za rękę.
-O witaj skarbie!-słyszałam z oddali czyjeś kroki i kobiecy głos-Ty pewnie jesteś tą śliczną Laurą, o której Ross nie może przestać mówić. Rzeczywiście jesteś piękna-głos był bardzo blisko mnie. Uśmiechnęłam się na słowa tej kobiety. Ja? Śliczna? Vanessa czasem mi mówiła coś takiego. Szkoda, że nie wiem jak wyglądam.
-Ty pewnie jesteś tą dziewczyną Rossa?-spytał tym razem męski głos tuż obok mnie.
-Ja...-nie dokończyłam, bo Ross mi przerwał.
-Tato, mówiłem, że Laurę znam od wczoraj, a ona jest moją przyjaciółką, nie dziewczyną-wybronił się speszony Ross.
-Dobra chodźmy! Już obiad nakładam!-krzyknęła mama Rossa. Tak... Na pewno to była ona. Ale zaraz, obiad?
-Ross? O której wy jecie obiad?-spytałam zaskoczona.
-Zazwyczaj o pierwszej, a co?
-A która jest?
-12:54.
-To do której ja spałam!-spytałam zaskoczona.
-A może raczej ile myłaś gary?-spytał i oboje się zaśmieliśmy.
<Następny dzień - Ranek>
Zwlekłam się z łóżka mocno przeciągając. Inni mają inne problemy przy budzeniu takie jak wyostrzenie wzroku, ale ja takiego czegoś nie mam. Choć zdziwię was jednym - nadal pamiętam jak to jest. Mimo, że nie widzę od 11 lat, to i tak pamiętam niektóre szczegóły. Kolory... Hmm... Tu pamiętam tylko kilka. Żółty, czerwony, niebieski, zielony oraz biały. Resztę Van mi mówi, że jest fiolet i róż, i jeszcze inne, ale ja i tak nie pamiętam tych kolorów. W każdym bądź razie odbiegam od tematu. Wstałam i podeszłam do szafy. Znam jej położenie na pamięć, więc nie miałam problemu.
Dziś przychodzi po mnie Ross. Tak... Idziemy razem do jego rodziców. Postanowiłam więc wyszukać czarną sukienkę, którą Vanessa mi kupiła niedawno. Skąd wiem jaki kolor? Powiedziała mi. Także zaczęłam ręką błądzić w szafie, w celu wyszukania tego materiału... Tak... Niepowtarzalny. Nigdy takiego nie miałam. Ale co ja będę rozpisywać się o moim ubiorze. Raz dwa ubrałam się i poszłam do kuchni w celu przyrządzenia sobie śniadania. A mianowicie pójść wyciągnąć z lodówki jogurt naturalny i wyciągnąć z szafki płatki. Zawsze zostawiam je w tym samym miejscu.
Po skończonym śniadaniu podeszłam do zlewu w celu umycia naczyń. Ross zostawił tu też naczynia po wczorajszym obiedzie. Aż tak wielką kaleką nie jestem aby sama nie umyć naczyń...
Nagle usłyszałam pukanie do drzwi.
-Proszę!-krzyknęłam szybko nie przerywając danej czynności.
-Wow-usłyszałam za swoimi plecami.
-Co ,,wow"?
-Ślicznie wyglądasz-powiedział Ross. Tak na bank to był Ross. Każdy ma niepowtarzalną barwę głosu, a że ja odkąd nie widzę mam lepszy słuch potrafię rozpoznać czyj do kogo należy.
-Dziękuję-odparłam z lekkim uśmiechem na ustach.
-Pomóc ci?-spytał Ross.
-Nie jestem kaleką-powiedziałam szybko.
-Ja wcale tak nie twierdzę-powiedział szybko.
-Więc kiedy ja cię nie proszę o pomoc nie proponuj mi jej, bo czuję się wtedy jak kaleka...
-Rozumiem. Nie chciałem abyś się tak poczuła.
-Okey. Ja już skończyłam. Idziemy?
-Tak. Chodź-czułam jak złapał mnie pod ramię. Zaśmiałam się cichutko. Wzięłam po drodze klucze, ubrałam buty, zamknęłam dom z pomocą Rossa i poszliśmy. Oczywiście z jego prowadzeniem.
-Nie przestrasz się moich rodziców. Czasem palną jakieś głupoty-uprzedził mnie Ross.
-Oni wiedzą, że ja... Że ja...-nie mogłam się wysłowić.
-Tak. Powiedziałem im-Ross odpowiedział na moje nie zadane do końca pytanie.
-Dziękuję-powiedziałam cicho.
-Nie ma za co-czułam po jego tonie głosu, że się uśmiecha. Fajny jest.
-To tu-powiedział po chwili.
-Tak blisko?
-A ty myślałaś, że przychodzę do pani Thouse z nudów? To sklep najbliżej naszego domu. Jakby co będę cię cały czas trzymał za rękę. Abyś no wiesz...
-Tak, zrozumiałam. Będziesz moim przewodnikiem-zaśmiałam się.
-Coś w tym stylu. To zapraszam-powiedział i usłyszałam skrzyp otwieranych drzwi.
-Dzień dobry!-rzuciłam w bezgłośną przestrzeń. Czułam jak Ross łapie mnie za rękę.
-O witaj skarbie!-słyszałam z oddali czyjeś kroki i kobiecy głos-Ty pewnie jesteś tą śliczną Laurą, o której Ross nie może przestać mówić. Rzeczywiście jesteś piękna-głos był bardzo blisko mnie. Uśmiechnęłam się na słowa tej kobiety. Ja? Śliczna? Vanessa czasem mi mówiła coś takiego. Szkoda, że nie wiem jak wyglądam.
-Ty pewnie jesteś tą dziewczyną Rossa?-spytał tym razem męski głos tuż obok mnie.
-Ja...-nie dokończyłam, bo Ross mi przerwał.
-Tato, mówiłem, że Laurę znam od wczoraj, a ona jest moją przyjaciółką, nie dziewczyną-wybronił się speszony Ross.
-Dobra chodźmy! Już obiad nakładam!-krzyknęła mama Rossa. Tak... Na pewno to była ona. Ale zaraz, obiad?
-Ross? O której wy jecie obiad?-spytałam zaskoczona.
-Zazwyczaj o pierwszej, a co?
-A która jest?
-12:54.
-To do której ja spałam!-spytałam zaskoczona.
-A może raczej ile myłaś gary?-spytał i oboje się zaśmieliśmy.
***
Przepraszam, że rozdział taki krótki i dziwny, ale nie mam na niego weny:/ Zastanawiam się nad zawieszeniem bloga, na czas nieokreślony:/ Decyzja zależy od was. Pamiętajcie:
Komentarz = Motywacja
Do napisania!
czwartek, 31 lipca 2014
One Shot - ,,Tajemnica"
W Los Angeles mieszkała pewna dziewczyna, która nazywała się Laura Marano. Żyła u boku bogatego Davida, który niestety był gangsterem. Mimo to, nie popadał w bójki, nie ćpał, nie palił i nie pił. To znaczy nie upijał się... Wszystko to dzięki temu, że Laura zmieniła jego życie. Dziewczyna sama mu je zawdzięczała. Gdyby nie on... Ona... No cóż... Dziewczynie zawsze ciężko było o tym mówić. W każdym bądź razie mieszkała jakieś 3 ulice od swojego chłopaka. Oboje uznali za nieetyczne mieszkanie razem, będąc tylko w związku partnerskim.
Laura przychodziła jednak do swojego chłopaka codziennie i gotowała mu obiady, gdy on kończył swoją pracę. Na czym polegała jego praca? Tego Laura sama do końca nie wiedziała... Nie wiedziała też z jakim człowiekiem się związała. Zawsze uważała, że on po prostu idzie ze swoją bandą i ma jakieś tajemnicze sprawy. Wiedziała, a raczej była pewna, że David nigdy nikogo nie zabił. Oczywiście tak było.
Pewnego jesiennego wieczoru Laura wracała od przyjaciółki. Jak zwykle plotkowały sobie troszkę. Dziewczyna nazywała się Maia. Maia Mitchell. Ona również była bogata. Ale odbiegam od tematu. Laura wracała ciemną uliczką, która była jedynym skrótem do jej mieszkania. Usłyszała jakieś krzyki, hałasy... Podeszła więc bliżej. Nie mogła uwierzyć własnym oczom na to, co zobaczyła. Jej chłopak stał na przeciwko zakrwawionego chłopaka. Chłopak mógł być w ich wieku czyli miał około 19 - lat. Miał rozcięty łuk brwiowy i podbite oko. Żeby było lepiej wataha Davida biła tego człowieka, a on nic z tego sobie nie robił.
-Co tu się dzieję?!-krzyknęła Laura i podeszła bliżej chłopaków, którzy natychmiastowo zwrócili oczy ku niej.
-Coraz niebezpieczniej...-rzekł Josh - jeden z watahy.
-Pytam się. Rozum wam odebrało? A może mowę?-spytała bardziej poirytowana.
-Kochanie, to nie tak-zaczął się tłumaczyć David.
-A jak?!-spytała wściekła.
-To inna sytuacja... Zaraz ci wytłumaczę-powiedział ze spokojem. Tak... David życie by za nią oddał. Zrobił by dla niej wszystko. Tak bardzo ją kochał, że nie wyobrażał sobie, że mogłaby jej stać się krzywda. Kiedy miała nawet delikatne otarcie na kolanie, bo spadła z roweru, David skakał nad nią jakby była co najmniej kaleką.
-Pantofel-zaśmiał się Jo - kolejny z watahy. Laura bez wahania i bez obaw podeszła do niego i walnęła mu w twarz. Za to David piorunował go wzrokiem. Laura podeszła do poobijanego chłopaka.
-Co się stało?-spytała z troską.
-Szedłem sobie chodnikiem, a oni zaciągnęli mnie tu i zaczęli krzyczeć, bym oddawał im jakieś pieniądze. Powiedziałem im, że chyba mnie z kimś pomylili, ale oni zaczęli mnie nazywać jakoś tak... Rocky? Chyba tak. Ale ja jestem Nick. Nie znam żadnego Rockiego.
-Godzilli bardziej się boi niż nas-powiedział John - ostatni z watahy. Laura również go spoliczkowała.
-A więc Nick... Gdzie mieszkasz?
-Niedaleko.
-Możesz iść spokojnie do domu. Mam nadzieję, że ktoś ci opatrzy rany. Chętnie bym się tobą zajęła, ale mam duże dzieci do wychowania-wskazała palcem na grupę z tyłu-I do porozmawiania z jednym szczególnie-tym razem spiorunowała wzrokiem swojego chłopaka.
Natomiast Nick wahał się czy pójść czy nie. Bał się, że zaraz go zaatakują. Laura widząc wahanie chłopaka oraz strach w jego oczach powiedziała:
-Możesz iść spokojnie. Już ja dopilnuję by ci nic nie zrobili. Ty-wskazała na Davida-do domu, a wy-tym razem na jego watahę-wara dotknąć kogokolwiek, bo nie chcecie znać gniewu Laury.
-A ty kochanie?-spytał David.
-Ja odprowadzę Davida, by nic mu się nie stało.
-Nie możesz! Zabraniam ci! Jak ci się coś stanie? Jak ten gościu ci coś zrobi?
-Będzie miał gorszy ślad od nich-pokazała palcem na Jo i Johna. Rzeczywiście. Ślad to oni mieli niezły... Josh się zaśmiał.
-Ty też chcesz do nich dołączyć?-spytała go Laura. Podniósł ręce w geście obrony.
-I tak trzymaj-powiedział z tryumfem i odeszła od ,,gangu" odprowadzając Nicka.
Kiedy go odprowadziła znów musiała iść tamtą uliczką. Westchnęła. Szła sobie rozmawiając przez telefon z Maią.
-Tak ci powiedział?-Maia nie dowierzała na całą sytuację.
-No! Naprawdę był przestraszony. I go wzięli za jakiegoś Rockiego.
-A ładny był?
-Normalny. Takie dłuższe brąz włosy i takiego samego koloru oczy. Dość wysoki.
-Rozmawiałaś z nim później?
-Nie. Jak wracaliśmy słowem się nie odezwał. A nie czekaj! Powiedział: ,,dziękuję".
-Musisz mi pokazać gdzie mieszka.
-A co? Samotna singielka szuka chłopaka?
-A co? Mam sama utrzymywać taki majątek? Nie zapominaj, że dostałam 20 milionów w spadku.
-Tak, wiem. Dobra, ja nie przeszkadzam o tej porze więcej, więc pa.
-Dopiero 23:00 skarbie. Ale okey. Hejka!-rzuciła Maia i się rozłączyła.
Laura zaczęła pakować telefon do torebki, gdy na kogoś wpadła.
-Przepraszam-rzuciła szybko.
-Nie, to ja przepraszam. Gapa ze mnie-jakiś chłopak z kapturem na głowie pomógł jej wstać. Spod kaptura wystawały blond włosy, a delikatne światło uliczne kierowało się na oczy, których koloru Laura dostrzec nie mogła.
-Jestem Ross, a ty?-spytał chłopak podając jej dłoń.
-A ja powinnam się chyba zbierać-powiedziała nieśmiało. Sama nie wiedziała czemu. W końcu nigdy nie miała takiej sytuacji.
-A mogę chociaż poznać twoje imię?
-Uważam, że nie będzie ci potrzebne skoro widzę cię pierwszy raz w życiu i zapewne ostatni.
-Skąd wiesz, że ostatni?-spytał tajemniczo.
-Muszę już iść-powiedziała i biegiem ruszyła w stronę swojego domu. Ross. To imię cały czas dawało jej o sobie znać. Tylko, że ona nawet nie wie, jak on wygląda. W przeciwieństwie do niego.
<Ranek>
Laura nie odzywała się do swojego chłopaka. Nawet przeszła jej myśl czy z nim nie zerwać. Ale nie. Nie po tym, co dla niej zrobił. Dwa razy. Nagle Laura dostała wiadomość:
,,Skarbie, przepraszam. Za to, że cię okłamałem i za wczoraj. Jeżeli dasz się namówić, to przyjdź dziś do parku. Tego naszego parku. Nie daj się prosić. David"
'Myśli, że jedno przepraszam wszystko załatwi' - pomyślała Laura.
Zastanawiała się, czy dać mu szansę. Postanowiła zrobić to dla niego. Ubrała zwiewną błękitną sukienkę, na to katanę na grubych ramiączkach i czarne szpilki z kolcami. Włosy uczesała w artystyczny nieład i po chwili wyszła do parku. Tego, co co dwa tygodnie chodzi ze swoim chłopakiem.
Na miejscu zobaczyła Davida z jedną niebieską różą w ręku. Siedział na ławce patrząc w dół. Nie dziwne? Człowiek, którego większość ludzi się boi, potrafi być romantykiem z uczuciami, który dla swojej miłości zrobi wszystko.
-Jednak przyszłaś-powiedział z lekkim uśmiechem. Laura westchnęła.
-Nie miało mnie tu być, po tym, co zrobiłeś-powiedziała z wyrzutem.
-Wiem... Przepraszam. To dla ciebie-powiedział i wręczył brunetce różę.
-Wiesz, że jedno ,,przepraszam" nie wystarczy?-spytała go po chwili.
-Wiem kochanie.
-Dlatego musisz mi coś obiecać.
-Co tylko chcesz.
-Jeżeli taka sytuacja się powtórzy z nami koniec, a po drugie - nawet jeżeli ten chłopak jest wam winny pieniądze, macie dać mu spokój.
-Ale skarbie...
-Bez dyskusji!
-Dobrze-powiedział i spojrzał na brunetkę. W jej oczach nie mógł doczytać się złości czy nienawiści. Raczej smutek i zwiedzenie. Zawiodła się na ukochanej osobie. A może nie ukochanej?
-O której wczoraj wróciłaś?-spytał po chwili.
-Późno. Nawet nie spojrzałam na zegarek.
-Nic ci się nie stało jak wracałaś?
-Nie! Nic-zaśmiała się Laura. David mógł ją traktować jak młodszą siostrę. Laura miała dopiero 19 lat, a on... No cóż. 31 lat. Był bardzo umięśniony, a na głowie nie miał włosów. Natomiast Laura drobniutka, o pięknych czekoladowych oczach, którym David mógł wybaczyć wszystko i o długich kasztanowych włosach z blond ombre. Oboje mieli szczęście, że na siebie trafili. Jednak każde z innych względów...
-Będę leciał.
-Gdzie?-spytała zdziwiona.
-Muszę załatwić parę spraw.
-Myślałam, że ten dzień spędzimy razem.
-To zadzwoń do Mai czy do kogoś tam.
-David! Gdzie ty znów idziesz?
-Papierkowa robota. Dziś wrócę późno, więc zjedz na mieście czy ugotuj dla siebie. Pa-pocałował ją w policzek i poszedł. A ona została sama z jedną niebieską różą. Wzięła różę i poszła z nią do domu, aby iść na miasto bez niej. Laura miała zaledwie kilkaset metrów do parku, dlatego wróciła z różą do domu.
Po powrocie z domu postanowiła iść do centrum na zakupy. Maia nie miała dla niej czasu, bo musiała zająć się chorą ciocią. Pierwszy raz pojechała do cioci, odkąd ta jest w szpitalu. Podobno lekarze dali jej tydzień i Maia chce spędzić z nią ostatnie dni.
Laura szła przez ten sam park. Po chwili na ławce zauważyła postać z kapturem, z którego wystawały blond włosy. Zamrugała parę razy oczami, by dowiedzieć się, czy nie ma zwidów. Gdy postać nadal siedziała, Laura podeszła bliżej, chowając się uprzednio za drzewo.
-I tak cię widziałem-powiedział chłopak. Laura westchnęła i podeszła bliżej niego.
-Mówiłaś, że się nie spotkamy. A jednak-powiedział ze śmiechem w głosie. Laura nadal nie widziała jego twarzy.
-Bo tak myślałam. Skąd miałam wiedzieć, że ni stąd ni zowąd pojawisz się w moim ulubionym parku?
-To też mój ulubiony park. Jestem tu prawe codziennie.
-Dziwne, że cię jeszcze nie spotkałam.
-Więc jak masz na imię?-chłopak zadał pytanie z poprzedniego dnia.
-Marie-Laura podała drugie imię. Chłopak ściągnął kaptur i w tym momencie przed Laurą ukazał się przystojny, umięśniony blondyn o pięknych czekoladowych oczach.
-Moje imię już znasz-uśmiechnął się promiennie ukazując szereg białych ząbków.
-Idę na zakupy. Chcesz się przejść ze mną?-spytała Laura, choć sama nie wiedziała dlaczego zadała to pytanie. Chłopak uśmiechnął się do niej i powiedział:
-Czemu nie?
Przez najbliższe dni Laura i Ross spotykali się. Jako przyjaciele oczywiście. Laura od razu powiedziała mu o tym, że ma chłopaka, więc Ross nie przekraczał granic ich przyjaźni. David wiedział o tym, że Laura spotyka się z Rossem. Sam również go polubił i prosił, by Ross na jego nieobecność zajmował się Laurą. Oczywiście powiedział, aby zajął się Marie - tak jak mu to powiedziała Laura.
Jakiś miesiąc po ich znajomości wybrali się na lody. Zakupili sobie w barze z karmelem, posypką w pucharkach i usiedli do stolików.
-A co tam u ciebie i Davida?-spytał Ross.
-Wszystko w porządku. A co?
-Tak się pytam. Jak się poznaliście?-spytał Ross, a Laura spuściła głowę.
-Coś nie tak?-spytał po chwili.
-W dość nietypowej okoliczności-powiedziała Laura trzymając nadal spuszczoną głowę.
-Chcesz o tym powiedzieć?-pokiwała twierdząco głową.
-Wcześniej, jakieś dwa lata temu wracałam z rodzicami z nad morza. Tata wjechał na tory. Na torach coś było, albo dopiero teraz z opon zeszło nam całe powietrze. Z na przeciwka jechał pociąg-Laura zaczęła szlochać-Rodzice z szoku nic nie robili. Ja krzyczałam, aby odpięli pas i wysiedli, ale oni jakby mnie nie słyszeli-Laura rozpłakała się, a Ross patrzył na nią z otwartymi ustami-Wtedy ktoś podbiegł, odpiął mi pas i dosłownie wyciągnął siłą z auta. Tym kimś był David. Ja mu uciekłam, no nie wiedziałam kim jest. I o mało co nie wpadłam pod ciężarówkę. David znów mnie uratował biegnąc za mną. Wiedział, że byłam w szoku i nie dowierzałam całej tej sytuacji. Dlatego od tamtej pory jesteśmy razem...-skończyła. Razem z opowiadaniem skończył też się potok łez na jej policzku. Ross spytał:
-Kochasz go?
-A co to za pytanie?
-Normalne, czy go kochasz. Spójrz mi w oczy i odpowiedz-powiedział Ross, a ona z wielkim trudem popatrzyła na niego podpuchniętymi od płaczu oczami.
-Nie...wiem-odparła cicho.
-Wydaje mi się, że nie.
-Sama się nad tym zastanawiam-powiedziała ze spuszczoną głową.
-Z twojej strony to jest raczej wdzięczność za okazaną życzliwość i życie oraz przywiązanie.
-Ale jak ja mam to niby mu powiedzieć? On się załamie!-powiedziała i znów potok łez spłynął z jej oczu.
-Gdybyś kogoś kochała, chciałabyś aby ta osoba była nieszczera wobec uczuć do ciebie?
Laura pokiwała przecząco głową.
-Myślisz, że David chce?
Nie odpowiedziała. I nie wiedziała jednego - David stał w tej knajpce i wszystko słyszał. Kazał Rossowi zaprowadzić tu Laurę i wyciągnąć od niej te informacje. Widział, jak Laura jest szczęśliwa po spotkaniu z Rossem. Po każdym uśmiech był na jej twarzy. Widział, że coraz mniej ze sobą spędzają czasu i oddalają się od siebie. Jak Laura patrzy na Rossa, o on na nią. Oboje z Rossem pierwszy raz doświadczyli prawdziwej miłości. David zrobił by dla Laury wszystko. Nawet teraz udowodnił, że chce jej szczęścia, nawet jeżeli miałaby być szczęśliwa nie z nim, a z Rossem. Laura po chwili zadała pytanie nadal ze spuszczoną głową:
-Gdybyś był z kimś i zakochał się w między czasie w innej osobie, to kogo byś wybrał?
-Drugą. Gdybyś naprawdę kochała pierwszą nie zakochałabyś się w drugiej-teraz Laura spojrzała Rossowi prosto w oczy. Widziała w nich iskierki radości, ale zarazem smutku. Nie potrafiła odczytać czemu dokładnie kierują nim takie emocje.
-Tak naprawdę mam na imię Laura. Marie to moje drugie imię-powiedziała po chwili. Ross się uśmiechnął i powiedział:
-Zobacz obok-pokazał gestem dłoni na stolik obok. Laura popatrzyła i otworzyła buzią ze zdziwienia.
-David?
-Żegnaj Laura-uśmiechnął się delikatnie ostatni raz całując dziewczynę w policzek i ze łzami w oczach... odszedł. Wtedy Laura zrozumiała. Zrozumiała, że to było zaplanowane, by uświadomić jej kogo tak naprawdę kocha. Była zakochana w Rossie. A Davida nigdy nie kochała. Podeszła do Rossa i pocałowała go delikatnie mówiąc:
-Kocham cię.
-Ja ciebie też.
Laura przychodziła jednak do swojego chłopaka codziennie i gotowała mu obiady, gdy on kończył swoją pracę. Na czym polegała jego praca? Tego Laura sama do końca nie wiedziała... Nie wiedziała też z jakim człowiekiem się związała. Zawsze uważała, że on po prostu idzie ze swoją bandą i ma jakieś tajemnicze sprawy. Wiedziała, a raczej była pewna, że David nigdy nikogo nie zabił. Oczywiście tak było.
Pewnego jesiennego wieczoru Laura wracała od przyjaciółki. Jak zwykle plotkowały sobie troszkę. Dziewczyna nazywała się Maia. Maia Mitchell. Ona również była bogata. Ale odbiegam od tematu. Laura wracała ciemną uliczką, która była jedynym skrótem do jej mieszkania. Usłyszała jakieś krzyki, hałasy... Podeszła więc bliżej. Nie mogła uwierzyć własnym oczom na to, co zobaczyła. Jej chłopak stał na przeciwko zakrwawionego chłopaka. Chłopak mógł być w ich wieku czyli miał około 19 - lat. Miał rozcięty łuk brwiowy i podbite oko. Żeby było lepiej wataha Davida biła tego człowieka, a on nic z tego sobie nie robił.
-Co tu się dzieję?!-krzyknęła Laura i podeszła bliżej chłopaków, którzy natychmiastowo zwrócili oczy ku niej.
-Coraz niebezpieczniej...-rzekł Josh - jeden z watahy.
-Pytam się. Rozum wam odebrało? A może mowę?-spytała bardziej poirytowana.
-Kochanie, to nie tak-zaczął się tłumaczyć David.
-A jak?!-spytała wściekła.
-To inna sytuacja... Zaraz ci wytłumaczę-powiedział ze spokojem. Tak... David życie by za nią oddał. Zrobił by dla niej wszystko. Tak bardzo ją kochał, że nie wyobrażał sobie, że mogłaby jej stać się krzywda. Kiedy miała nawet delikatne otarcie na kolanie, bo spadła z roweru, David skakał nad nią jakby była co najmniej kaleką.
-Pantofel-zaśmiał się Jo - kolejny z watahy. Laura bez wahania i bez obaw podeszła do niego i walnęła mu w twarz. Za to David piorunował go wzrokiem. Laura podeszła do poobijanego chłopaka.
-Co się stało?-spytała z troską.
-Szedłem sobie chodnikiem, a oni zaciągnęli mnie tu i zaczęli krzyczeć, bym oddawał im jakieś pieniądze. Powiedziałem im, że chyba mnie z kimś pomylili, ale oni zaczęli mnie nazywać jakoś tak... Rocky? Chyba tak. Ale ja jestem Nick. Nie znam żadnego Rockiego.
-Godzilli bardziej się boi niż nas-powiedział John - ostatni z watahy. Laura również go spoliczkowała.
-A więc Nick... Gdzie mieszkasz?
-Niedaleko.
-Możesz iść spokojnie do domu. Mam nadzieję, że ktoś ci opatrzy rany. Chętnie bym się tobą zajęła, ale mam duże dzieci do wychowania-wskazała palcem na grupę z tyłu-I do porozmawiania z jednym szczególnie-tym razem spiorunowała wzrokiem swojego chłopaka.
Natomiast Nick wahał się czy pójść czy nie. Bał się, że zaraz go zaatakują. Laura widząc wahanie chłopaka oraz strach w jego oczach powiedziała:
-Możesz iść spokojnie. Już ja dopilnuję by ci nic nie zrobili. Ty-wskazała na Davida-do domu, a wy-tym razem na jego watahę-wara dotknąć kogokolwiek, bo nie chcecie znać gniewu Laury.
-A ty kochanie?-spytał David.
-Ja odprowadzę Davida, by nic mu się nie stało.
-Nie możesz! Zabraniam ci! Jak ci się coś stanie? Jak ten gościu ci coś zrobi?
-Będzie miał gorszy ślad od nich-pokazała palcem na Jo i Johna. Rzeczywiście. Ślad to oni mieli niezły... Josh się zaśmiał.
-Ty też chcesz do nich dołączyć?-spytała go Laura. Podniósł ręce w geście obrony.
-I tak trzymaj-powiedział z tryumfem i odeszła od ,,gangu" odprowadzając Nicka.
Kiedy go odprowadziła znów musiała iść tamtą uliczką. Westchnęła. Szła sobie rozmawiając przez telefon z Maią.
-Tak ci powiedział?-Maia nie dowierzała na całą sytuację.
-No! Naprawdę był przestraszony. I go wzięli za jakiegoś Rockiego.
-A ładny był?
-Normalny. Takie dłuższe brąz włosy i takiego samego koloru oczy. Dość wysoki.
-Rozmawiałaś z nim później?
-Nie. Jak wracaliśmy słowem się nie odezwał. A nie czekaj! Powiedział: ,,dziękuję".
-Musisz mi pokazać gdzie mieszka.
-A co? Samotna singielka szuka chłopaka?
-A co? Mam sama utrzymywać taki majątek? Nie zapominaj, że dostałam 20 milionów w spadku.
-Tak, wiem. Dobra, ja nie przeszkadzam o tej porze więcej, więc pa.
-Dopiero 23:00 skarbie. Ale okey. Hejka!-rzuciła Maia i się rozłączyła.
Laura zaczęła pakować telefon do torebki, gdy na kogoś wpadła.
-Przepraszam-rzuciła szybko.
-Nie, to ja przepraszam. Gapa ze mnie-jakiś chłopak z kapturem na głowie pomógł jej wstać. Spod kaptura wystawały blond włosy, a delikatne światło uliczne kierowało się na oczy, których koloru Laura dostrzec nie mogła.
-Jestem Ross, a ty?-spytał chłopak podając jej dłoń.
-A ja powinnam się chyba zbierać-powiedziała nieśmiało. Sama nie wiedziała czemu. W końcu nigdy nie miała takiej sytuacji.
-A mogę chociaż poznać twoje imię?
-Uważam, że nie będzie ci potrzebne skoro widzę cię pierwszy raz w życiu i zapewne ostatni.
-Skąd wiesz, że ostatni?-spytał tajemniczo.
-Muszę już iść-powiedziała i biegiem ruszyła w stronę swojego domu. Ross. To imię cały czas dawało jej o sobie znać. Tylko, że ona nawet nie wie, jak on wygląda. W przeciwieństwie do niego.
<Ranek>
Laura nie odzywała się do swojego chłopaka. Nawet przeszła jej myśl czy z nim nie zerwać. Ale nie. Nie po tym, co dla niej zrobił. Dwa razy. Nagle Laura dostała wiadomość:
,,Skarbie, przepraszam. Za to, że cię okłamałem i za wczoraj. Jeżeli dasz się namówić, to przyjdź dziś do parku. Tego naszego parku. Nie daj się prosić. David"
'Myśli, że jedno przepraszam wszystko załatwi' - pomyślała Laura.
Zastanawiała się, czy dać mu szansę. Postanowiła zrobić to dla niego. Ubrała zwiewną błękitną sukienkę, na to katanę na grubych ramiączkach i czarne szpilki z kolcami. Włosy uczesała w artystyczny nieład i po chwili wyszła do parku. Tego, co co dwa tygodnie chodzi ze swoim chłopakiem.
Na miejscu zobaczyła Davida z jedną niebieską różą w ręku. Siedział na ławce patrząc w dół. Nie dziwne? Człowiek, którego większość ludzi się boi, potrafi być romantykiem z uczuciami, który dla swojej miłości zrobi wszystko.
-Jednak przyszłaś-powiedział z lekkim uśmiechem. Laura westchnęła.
-Nie miało mnie tu być, po tym, co zrobiłeś-powiedziała z wyrzutem.
-Wiem... Przepraszam. To dla ciebie-powiedział i wręczył brunetce różę.
-Wiesz, że jedno ,,przepraszam" nie wystarczy?-spytała go po chwili.
-Wiem kochanie.
-Dlatego musisz mi coś obiecać.
-Co tylko chcesz.
-Jeżeli taka sytuacja się powtórzy z nami koniec, a po drugie - nawet jeżeli ten chłopak jest wam winny pieniądze, macie dać mu spokój.
-Ale skarbie...
-Bez dyskusji!
-Dobrze-powiedział i spojrzał na brunetkę. W jej oczach nie mógł doczytać się złości czy nienawiści. Raczej smutek i zwiedzenie. Zawiodła się na ukochanej osobie. A może nie ukochanej?
-O której wczoraj wróciłaś?-spytał po chwili.
-Późno. Nawet nie spojrzałam na zegarek.
-Nic ci się nie stało jak wracałaś?
-Nie! Nic-zaśmiała się Laura. David mógł ją traktować jak młodszą siostrę. Laura miała dopiero 19 lat, a on... No cóż. 31 lat. Był bardzo umięśniony, a na głowie nie miał włosów. Natomiast Laura drobniutka, o pięknych czekoladowych oczach, którym David mógł wybaczyć wszystko i o długich kasztanowych włosach z blond ombre. Oboje mieli szczęście, że na siebie trafili. Jednak każde z innych względów...
-Będę leciał.
-Gdzie?-spytała zdziwiona.
-Muszę załatwić parę spraw.
-Myślałam, że ten dzień spędzimy razem.
-To zadzwoń do Mai czy do kogoś tam.
-David! Gdzie ty znów idziesz?
-Papierkowa robota. Dziś wrócę późno, więc zjedz na mieście czy ugotuj dla siebie. Pa-pocałował ją w policzek i poszedł. A ona została sama z jedną niebieską różą. Wzięła różę i poszła z nią do domu, aby iść na miasto bez niej. Laura miała zaledwie kilkaset metrów do parku, dlatego wróciła z różą do domu.
Po powrocie z domu postanowiła iść do centrum na zakupy. Maia nie miała dla niej czasu, bo musiała zająć się chorą ciocią. Pierwszy raz pojechała do cioci, odkąd ta jest w szpitalu. Podobno lekarze dali jej tydzień i Maia chce spędzić z nią ostatnie dni.
Laura szła przez ten sam park. Po chwili na ławce zauważyła postać z kapturem, z którego wystawały blond włosy. Zamrugała parę razy oczami, by dowiedzieć się, czy nie ma zwidów. Gdy postać nadal siedziała, Laura podeszła bliżej, chowając się uprzednio za drzewo.
-I tak cię widziałem-powiedział chłopak. Laura westchnęła i podeszła bliżej niego.
-Mówiłaś, że się nie spotkamy. A jednak-powiedział ze śmiechem w głosie. Laura nadal nie widziała jego twarzy.
-Bo tak myślałam. Skąd miałam wiedzieć, że ni stąd ni zowąd pojawisz się w moim ulubionym parku?
-To też mój ulubiony park. Jestem tu prawe codziennie.
-Dziwne, że cię jeszcze nie spotkałam.
-Więc jak masz na imię?-chłopak zadał pytanie z poprzedniego dnia.
-Marie-Laura podała drugie imię. Chłopak ściągnął kaptur i w tym momencie przed Laurą ukazał się przystojny, umięśniony blondyn o pięknych czekoladowych oczach.
-Moje imię już znasz-uśmiechnął się promiennie ukazując szereg białych ząbków.
-Idę na zakupy. Chcesz się przejść ze mną?-spytała Laura, choć sama nie wiedziała dlaczego zadała to pytanie. Chłopak uśmiechnął się do niej i powiedział:
-Czemu nie?
Przez najbliższe dni Laura i Ross spotykali się. Jako przyjaciele oczywiście. Laura od razu powiedziała mu o tym, że ma chłopaka, więc Ross nie przekraczał granic ich przyjaźni. David wiedział o tym, że Laura spotyka się z Rossem. Sam również go polubił i prosił, by Ross na jego nieobecność zajmował się Laurą. Oczywiście powiedział, aby zajął się Marie - tak jak mu to powiedziała Laura.
Jakiś miesiąc po ich znajomości wybrali się na lody. Zakupili sobie w barze z karmelem, posypką w pucharkach i usiedli do stolików.
-A co tam u ciebie i Davida?-spytał Ross.
-Wszystko w porządku. A co?
-Tak się pytam. Jak się poznaliście?-spytał Ross, a Laura spuściła głowę.
-Coś nie tak?-spytał po chwili.
-W dość nietypowej okoliczności-powiedziała Laura trzymając nadal spuszczoną głowę.
-Chcesz o tym powiedzieć?-pokiwała twierdząco głową.
-Wcześniej, jakieś dwa lata temu wracałam z rodzicami z nad morza. Tata wjechał na tory. Na torach coś było, albo dopiero teraz z opon zeszło nam całe powietrze. Z na przeciwka jechał pociąg-Laura zaczęła szlochać-Rodzice z szoku nic nie robili. Ja krzyczałam, aby odpięli pas i wysiedli, ale oni jakby mnie nie słyszeli-Laura rozpłakała się, a Ross patrzył na nią z otwartymi ustami-Wtedy ktoś podbiegł, odpiął mi pas i dosłownie wyciągnął siłą z auta. Tym kimś był David. Ja mu uciekłam, no nie wiedziałam kim jest. I o mało co nie wpadłam pod ciężarówkę. David znów mnie uratował biegnąc za mną. Wiedział, że byłam w szoku i nie dowierzałam całej tej sytuacji. Dlatego od tamtej pory jesteśmy razem...-skończyła. Razem z opowiadaniem skończył też się potok łez na jej policzku. Ross spytał:
-Kochasz go?
-A co to za pytanie?
-Normalne, czy go kochasz. Spójrz mi w oczy i odpowiedz-powiedział Ross, a ona z wielkim trudem popatrzyła na niego podpuchniętymi od płaczu oczami.
-Nie...wiem-odparła cicho.
-Wydaje mi się, że nie.
-Sama się nad tym zastanawiam-powiedziała ze spuszczoną głową.
-Z twojej strony to jest raczej wdzięczność za okazaną życzliwość i życie oraz przywiązanie.
-Ale jak ja mam to niby mu powiedzieć? On się załamie!-powiedziała i znów potok łez spłynął z jej oczu.
-Gdybyś kogoś kochała, chciałabyś aby ta osoba była nieszczera wobec uczuć do ciebie?
Laura pokiwała przecząco głową.
-Myślisz, że David chce?
Nie odpowiedziała. I nie wiedziała jednego - David stał w tej knajpce i wszystko słyszał. Kazał Rossowi zaprowadzić tu Laurę i wyciągnąć od niej te informacje. Widział, jak Laura jest szczęśliwa po spotkaniu z Rossem. Po każdym uśmiech był na jej twarzy. Widział, że coraz mniej ze sobą spędzają czasu i oddalają się od siebie. Jak Laura patrzy na Rossa, o on na nią. Oboje z Rossem pierwszy raz doświadczyli prawdziwej miłości. David zrobił by dla Laury wszystko. Nawet teraz udowodnił, że chce jej szczęścia, nawet jeżeli miałaby być szczęśliwa nie z nim, a z Rossem. Laura po chwili zadała pytanie nadal ze spuszczoną głową:
-Gdybyś był z kimś i zakochał się w między czasie w innej osobie, to kogo byś wybrał?
-Drugą. Gdybyś naprawdę kochała pierwszą nie zakochałabyś się w drugiej-teraz Laura spojrzała Rossowi prosto w oczy. Widziała w nich iskierki radości, ale zarazem smutku. Nie potrafiła odczytać czemu dokładnie kierują nim takie emocje.
-Tak naprawdę mam na imię Laura. Marie to moje drugie imię-powiedziała po chwili. Ross się uśmiechnął i powiedział:
-Zobacz obok-pokazał gestem dłoni na stolik obok. Laura popatrzyła i otworzyła buzią ze zdziwienia.
-David?
-Żegnaj Laura-uśmiechnął się delikatnie ostatni raz całując dziewczynę w policzek i ze łzami w oczach... odszedł. Wtedy Laura zrozumiała. Zrozumiała, że to było zaplanowane, by uświadomić jej kogo tak naprawdę kocha. Była zakochana w Rossie. A Davida nigdy nie kochała. Podeszła do Rossa i pocałowała go delikatnie mówiąc:
-Kocham cię.
-Ja ciebie też.
poniedziałek, 28 lipca 2014
Rozdział 5
*Oczami Laury*
Ross chyba bardzo szybko wybiegł z pokoju. Słyszałam jego głośne kroki. I oczywiście czułam coraz większy smród spalonego mięsa. Jaki kuchcik! Aż szok...
Po kilkunastu minutach czułam jak ktoś delikatnie łapie mnie za nadgarstek. Tym ktosiem był oczywiście Ross, który prowadził mnie jak się nie mylę w stronę kuchni.
-Smacznego-powiedział i odsunął mi krzesło. Słyszałam jego szuranie. Tak... Metal o kafelki. Nie znoszę tego dźwięku! Upewniłam się, że mam pod sobą siedzenie sprawdzając dokładnie rękoma. Jest. Usiadłam więc i zaczęłam kolejne poszukiwania. Tym razem sztućców. Po chwili, kiedy je znalazłam zaczęłam konsumować posiłek (również sprawdziłam, czy go mam przed sobą).
-To jest pyszne!-powiedziałam z pełnymi ustami. Kurczę... On dobrze gotuje...
-Dziękuję-odpowiedział-Możesz coś opowiedzieć o sobie?-dodał po chwili.
-A co chcesz wiedzieć?-spytałam i wzięłam do ust kolejną porcję posiłku.
-Masz rodzeństwo?
-Tak, siostrę.
-Jaki jest twój ulubiony kolor?
-Serio chcesz wiedzieć?-spytałam ze zdziwieniem.
-No jasne. Mój to żółty, a twój?
-Czerwony-odpowiedziałam szybko i wzięłam kolejny kęs posiłku do ust.
-To opowiedz coś jeszcze-powiedział, a ja zaczęłam opowiadać.
Po jakiejś godzinie wiedziałam o tym, że kocha muzykę i umie grać na wielu instrumentach oraz, że mieszka razem z rodzicami, których planuje mi przedstawić. Oprócz tego dowiedziałam się kilku innych rzeczy, ale nie teraz o tym. Okazało się, że pani Thouse miała rację.
-Dzięki za miłe towarzystwo, ale muszę już iść-powiedział.
-Rozumiem. To ja dziękuję, że mnie odwiedziłeś.
-To co? Jutro po ciebie przyjdę.
-No dobra. Będę czekała.
-I jak chcesz, to mogę cię uczyć grać na instrumencie, który dostałaś od...
-Siostry-powiedziałam szybko.
-To ja się zbieram. Hej!-powiedział, a po nim słyszałam tylko zamykane drzwi.
Pomyślałam, że zadzwonię do Vanessy. W końcu muszę jej podziękować, za prezent. Swoją drogą, za tani to on nie był... Szybko podeszłam do stolika, na którym zazwyczaj znajduje się telefon stacjonarny z moim alfabetem. Sprawdziłam rękoma, czy sprzęt jest na swoim miejscu. Był. Więc raz dwa z pamięci wybrałam numer siostry.
-Halo?-powiedziałam nie pewnie.
-Laura?
-Tak. Słuchaj Van, chciałam cię przepro...
-Nie. To ja chciałam cię przeprosić-przerwała mi-Nie powinnam się tak zachowywać wobec ciebie. To twoje życie, a to, co z nim zrobisz, to twoja sprawa.
-Dziękuję, że rozumiesz. I dziękuję za prezent. Ale powinnam go zwrócić. Jest za drogi.
-Ty jesteś dla mnie o wiele cenniejsza od niego.
-Jesteś kochana.
-No wiem-powiedziała i się zaśmiałyśmy.
-Poznałam kogoś-powiedziałam z radością.
-Kogo?-spytała podejrzliwie.
-Ma na imię Ross. Podobno jest blondynem - tam mi powiedziała pani Thouse.
-Gdzie go poznałaś?-spytała.
-W sklepie. Potem ugotował mi obiad.
-Wpuściłaś go do domu?!
-Tez nie byłam szczęśliwa, ale pani Thouse powiedziała, że zna jego rodziców i po części jego i żebym dała mu szansę. No i dałam. I nie żałuję. A poza tym będzie mnie uczył grać na pianinie.
-Ale ty przecież umiesz...
-Zapomniałam jak się gra. Ostatni raz grałam ze...-nie mogłam sobie przypomnieć.
-Okey. Nie wnikam. Mam nadzieję, że cię nie skrzywdzi. A tak ogółem, to od kiedy zaczynasz pracę?
-Od następnego tygodnia. Dobra ja kończę. Do zobaczenia!
-Hejka!
Cieszę się, że mam Vanessę. Ona mnie przynajmniej rozumie... Dziwne nie? Jak się z nią pokłócę, twierdzę inaczej. A teraz? Szkoda gadać... Sama siebie nie rozumiem...
Ross chyba bardzo szybko wybiegł z pokoju. Słyszałam jego głośne kroki. I oczywiście czułam coraz większy smród spalonego mięsa. Jaki kuchcik! Aż szok...
Po kilkunastu minutach czułam jak ktoś delikatnie łapie mnie za nadgarstek. Tym ktosiem był oczywiście Ross, który prowadził mnie jak się nie mylę w stronę kuchni.
-Smacznego-powiedział i odsunął mi krzesło. Słyszałam jego szuranie. Tak... Metal o kafelki. Nie znoszę tego dźwięku! Upewniłam się, że mam pod sobą siedzenie sprawdzając dokładnie rękoma. Jest. Usiadłam więc i zaczęłam kolejne poszukiwania. Tym razem sztućców. Po chwili, kiedy je znalazłam zaczęłam konsumować posiłek (również sprawdziłam, czy go mam przed sobą).
-To jest pyszne!-powiedziałam z pełnymi ustami. Kurczę... On dobrze gotuje...
-Dziękuję-odpowiedział-Możesz coś opowiedzieć o sobie?-dodał po chwili.
-A co chcesz wiedzieć?-spytałam i wzięłam do ust kolejną porcję posiłku.
-Masz rodzeństwo?
-Tak, siostrę.
-Jaki jest twój ulubiony kolor?
-Serio chcesz wiedzieć?-spytałam ze zdziwieniem.
-No jasne. Mój to żółty, a twój?
-Czerwony-odpowiedziałam szybko i wzięłam kolejny kęs posiłku do ust.
-To opowiedz coś jeszcze-powiedział, a ja zaczęłam opowiadać.
Po jakiejś godzinie wiedziałam o tym, że kocha muzykę i umie grać na wielu instrumentach oraz, że mieszka razem z rodzicami, których planuje mi przedstawić. Oprócz tego dowiedziałam się kilku innych rzeczy, ale nie teraz o tym. Okazało się, że pani Thouse miała rację.
-Dzięki za miłe towarzystwo, ale muszę już iść-powiedział.
-Rozumiem. To ja dziękuję, że mnie odwiedziłeś.
-To co? Jutro po ciebie przyjdę.
-No dobra. Będę czekała.
-I jak chcesz, to mogę cię uczyć grać na instrumencie, który dostałaś od...
-Siostry-powiedziałam szybko.
-To ja się zbieram. Hej!-powiedział, a po nim słyszałam tylko zamykane drzwi.
Pomyślałam, że zadzwonię do Vanessy. W końcu muszę jej podziękować, za prezent. Swoją drogą, za tani to on nie był... Szybko podeszłam do stolika, na którym zazwyczaj znajduje się telefon stacjonarny z moim alfabetem. Sprawdziłam rękoma, czy sprzęt jest na swoim miejscu. Był. Więc raz dwa z pamięci wybrałam numer siostry.
-Halo?-powiedziałam nie pewnie.
-Laura?
-Tak. Słuchaj Van, chciałam cię przepro...
-Nie. To ja chciałam cię przeprosić-przerwała mi-Nie powinnam się tak zachowywać wobec ciebie. To twoje życie, a to, co z nim zrobisz, to twoja sprawa.
-Dziękuję, że rozumiesz. I dziękuję za prezent. Ale powinnam go zwrócić. Jest za drogi.
-Ty jesteś dla mnie o wiele cenniejsza od niego.
-Jesteś kochana.
-No wiem-powiedziała i się zaśmiałyśmy.
-Poznałam kogoś-powiedziałam z radością.
-Kogo?-spytała podejrzliwie.
-Ma na imię Ross. Podobno jest blondynem - tam mi powiedziała pani Thouse.
-Gdzie go poznałaś?-spytała.
-W sklepie. Potem ugotował mi obiad.
-Wpuściłaś go do domu?!
-Tez nie byłam szczęśliwa, ale pani Thouse powiedziała, że zna jego rodziców i po części jego i żebym dała mu szansę. No i dałam. I nie żałuję. A poza tym będzie mnie uczył grać na pianinie.
-Ale ty przecież umiesz...
-Zapomniałam jak się gra. Ostatni raz grałam ze...-nie mogłam sobie przypomnieć.
-Okey. Nie wnikam. Mam nadzieję, że cię nie skrzywdzi. A tak ogółem, to od kiedy zaczynasz pracę?
-Od następnego tygodnia. Dobra ja kończę. Do zobaczenia!
-Hejka!
Cieszę się, że mam Vanessę. Ona mnie przynajmniej rozumie... Dziwne nie? Jak się z nią pokłócę, twierdzę inaczej. A teraz? Szkoda gadać... Sama siebie nie rozumiem...
***
Przepraszam, że krótki. Postaram się dodać w tym tygodniu:)
sobota, 19 lipca 2014
Rozdział 4
-Pani Thosue, może mi pani pomóc?-starałam się za wszelką cenę uniknąć odpowiedzi na pytanie nieznajomego chłopaka.
-Jasne skarbie-odpowiedziała.
-Nie widzisz?-bardziej stwierdził niż spytał... Ross? Chyba tak się nazywa.
-Mogę ci pomóc z zakupami jak chcesz-powiedział po chwili.
-Nie potrzebuję litości. Nie jestem kaleką-rzuciłam oschle. Wiem, że nie powinnam go tak traktować, bo on nie jest niczemu winny. Chce tylko pomóc, ale ja wiem, że to z litości.
-Już skarbie-usłyszałam ciepły głos pani Thouse.
-Laura, tak? Ja wcale nie chcę byś czuła, że traktuję cię jak kalekę. Po prostu chcę ci pomóc. Tyle-powiedział chłopak.. Pani Thouse szepnęła mi na ucho:
-To miły chłopak. Daj mu szansę. Mieszka tu od niedawna i nie ma znajomych-powiedziała to tak pewnie i ciepło... Cała pani Thouse.
-Naprawdę ci pomogę-powiedział jeszcze raz.
-No dobrze-westchnęłam.
-Kupujesz coś jeszcze? No oprócz tych batoników...
-Pomógłbyś mi z zakupami na obiad?-spytałam
-Jasne. A co chcesz?
-Znajdź w tym sklepie pizze i będzie git-powiedziałam oschle. Chciałam, aby jak najszybciej się odczepił. Na marne...
-Pizza jest nie zdrowa. Polecam pyszną sałatkę z kurczakiem-ekspercik od kuchni się znalazł...
-Nie widzę - nie gotuję-powiedziałam mu jeszcze bardziej oschłym tonem. Czemu? Bo wiem, że takim nie wolni ufać. Jutro o mnie zapomni, ale ja będę pamiętać...
-Skoro ty nie gotujesz, to ja ci coś ugotuję-powiedział, a mnie totalnie zamurowało. Przecież... Ja... On chce mi pomóc? Tak serio?
-Nie musisz się poświęcać. Masz przecież własne życie-powiedziałam mu, tym razem łagodnie i życzliwie.
-Ale chcę. I tak nie mam nic do roboty, a tobie przyda się pomoc.
-Ja cie nawet nie znam!-krzyknęłam.
-To możesz poznać. To może jeszcze raz. Jestem Ross-powiedział i ujął moją dłoń w swoją. Tak, jak to robią ludzie w geście przywitania się.
-L-Laura-powiedziałam nieśmiało.
-Tak więc Laura... Dasz się namówić na sałatkę z kurczakiem? Oczywiście ja gotuję-w jego głosie można było wyczuć, że wcale nie zraził się do mnie przez mój oschły ton, a teraz jestem pewna, że się uśmiecha.
-No dobrze-powiedziałam nieśmiało.
-To ja idę po składniki, a ty może podejdź do lady razem z panią Thouse-powiedział, a ja nawet nie zdążyłam nic powiedzieć, bo tylko słyszałam jego kroki oddalające się ode mnie z każdą sekundą.
-I jak?-powiedziała po chwili pani Thosue, która ni stąd ni zowąd pojawiła się tuż obok mnie.
-Miły-powiedziałam z uśmiechem.
-To wszystko?
-Zabawny-dokończyłam.
-Widzisz?-mówiła z głosem typu ,,a nie mówiłam?"-Przepraszam za określenie-zdała sobie sprawę, z tego co powiedziała. Przecież ja nie widzę...
-A pani skąd go zna?
-Jego rodzice, to byli moi najlepsi przyjaciele. Potem jego mama zaszła w pierwszą ciążę i oboje stwierdzili, że w Nowym Yorku będzie lepiej im wychowywać dziecko. No i wyjechali. Nie widziałam ich sporo czasu...-dokończyła jakby... z żalem?
-Rozumiem...
-Kiedy więc dowiedziałam się, od jakiej rodzinki jest ten chłopaczek, to od razu go polubiłam. Jest taki spokojny, pomocny, nie jest wulgarny i nie popada w złe towarzystwo.
-Jak wygląda?-spytałam ciekawa.
-Wygląd nie jest najważniejszy. Liczy się osoba wewnątrz, a nie na zewnątrz. To jakimi jesteśmy z charakteru czyni nas dobrymi i właściwymi ludźmi, a nie to czy ładnie wyglądamy.
-Zapytałam z ciekawości-udałam obrażoną.
-Wiem, ale ludzi ocenia się po dobroci ich serca, a nie...-dokończyłam za nią:
-Po wyglądzie i ich pieniędzy w portfelu-słyszałam, że się lekko śmieje.
-No właśnie, ale jeżeli już musisz wiedzieć, jest blondynem.
-To wszystko?
-I ma brązowe oczy-dokończyła ze śmiechem.
-Hahaha. Ja pytam serio.
-Przecież sama możesz sprawdzić jak on wygląda. Masz te zdolność jak każda niewidoma osoba.
-Myśli pani, że on się da?
-Tak. Myślę, że się da-zaśmiała się ponownie. Przecież nie będę go dotykała po twarzy jak go nie znam.
-Chcesz wiedzieć, jak wygląda, to musisz sama to sprawdzić i wizualizować sobie jego twarz/
-Już zrobiłem zakupy!-słyszałam jego głos. Był coraz bliżej nas.
-Ile płacę?-spytał po chwili.
-Ale to moje zakupy-od razu powiedziałam. Nie szukam sponsora.
-Ale ja chcę zapłacić-wiem, że się uśmiechał. Super! Teraz wyjdę na naciągaczkę.
-To gdzie mieszkasz?-spytał po chwili.
-Tuż obok sklepu.
-To prowadź-powiedział i razem wyszliśmy ze sklepu.
Szliśmy w ciszy. Czemu? Ja tematu zaczynać nie chciałam, tym bardziej, że mój dom znajduję się bardzo blisko.
Po chwili doszliśmy do moich drzwi. Siłowałam się z trafieniem klucza do dziurki. Pewnie siłowałabym się dłużej, gdyby nie to, że ,,ktoś" złapał mnie za ręce i swoimi rękoma, dotykając moich, doprowadził mnie do dziurki. Ten ktoś, to oczywiście mój nowy kolega.
-Dziękuję-powiedziałam speszona i otworzyłam szybko drzwi.
-Gdzie postawić zakupy?-spytał, kiedy weszliśmy do kuchni.
-Gdzieś na stole.
-To może ja od razu przygotuję potrawę?-spytał, a ja tylko pokiwałam głową. Nie wiem, czy widział, ale mam to gdzieś. Muszę pójść do swojego pokoju znieść klucze.
Szłam tak chwilkę, ale po chwili wpadłam na coś dużego. Zaryłam o to piszczelami. Ból nie z tej ziemi.
-Ała!-krzyknęłam. Po chwili usłyszałam jak ktoś biegnie do mnie. I to dosłownie...
-Nic ci nie jest?-spytał Ross.
-Nie wiem! Boli mnie noga.
-Wpadłaś na pianino-powiedział, a mi nagle ból zmalał, a na mojej twarzy zastąpiło go zdziwienie.
-J-Jakie pianino?-spytałam po chwili.
-To ty nie wiesz, że masz pianino w domu?-spytał zdziwiony.
-Jeszcze przed moim wyjściem do sklepu go tu nie było-odparłam zdziwiona.
-Jest jakaś kartka.
-Co tam pisze?-spytałam rozmasowując piszczel. Mimo, że ból był mniejszy, nadal go czułam.
-Nie wiem. Są jakieś wypukłe kropki-zaśmiałam się.
-To alfabet Braille'a.
-To masz-powiedział i podał mi do dłoni kartkę. A co tam pisało?
,,Laura... Przepraszam cię za wszystko. Za moje słowa i czyny, którymi cię uraziłam. Nie miej do mnie żalu i przyjmij ten mały podarunek. Kiedyś grałaś na pianinie. Myślę, że jeszcze potrafisz...
Twoja Van"
-I o co chodzi?-spytał.
-Moja siostra mnie przeprasza. Tylko, że ja nie pamiętam jak się na tym gra...
-A grałaś kiedyś?
-Tak. Jak byłam mała, potem w szkole dla inwalidów, ale nie grałam od trzech lat...
-Chodzisz jeszcze do szkoły?
-Nie. Skończyłam ją kilka dni temu.
-Wiesz co? Mogę cię uczyć grać-powiedział, a ja krzyknęłam z euforią:
-Naprawdę!
-Oczywiście.
-Jej!-kolejny okrzyk radości. Po chwili poczułam dziwny zapach.
-Ross?
-Tak?
-Co tak dziwnie pachnie?
-Kurczak!
-Jasne skarbie-odpowiedziała.
-Nie widzisz?-bardziej stwierdził niż spytał... Ross? Chyba tak się nazywa.
-Mogę ci pomóc z zakupami jak chcesz-powiedział po chwili.
-Nie potrzebuję litości. Nie jestem kaleką-rzuciłam oschle. Wiem, że nie powinnam go tak traktować, bo on nie jest niczemu winny. Chce tylko pomóc, ale ja wiem, że to z litości.
-Już skarbie-usłyszałam ciepły głos pani Thouse.
-Laura, tak? Ja wcale nie chcę byś czuła, że traktuję cię jak kalekę. Po prostu chcę ci pomóc. Tyle-powiedział chłopak.. Pani Thouse szepnęła mi na ucho:
-To miły chłopak. Daj mu szansę. Mieszka tu od niedawna i nie ma znajomych-powiedziała to tak pewnie i ciepło... Cała pani Thouse.
-Naprawdę ci pomogę-powiedział jeszcze raz.
-No dobrze-westchnęłam.
-Kupujesz coś jeszcze? No oprócz tych batoników...
-Pomógłbyś mi z zakupami na obiad?-spytałam
-Jasne. A co chcesz?
-Znajdź w tym sklepie pizze i będzie git-powiedziałam oschle. Chciałam, aby jak najszybciej się odczepił. Na marne...
-Pizza jest nie zdrowa. Polecam pyszną sałatkę z kurczakiem-ekspercik od kuchni się znalazł...
-Nie widzę - nie gotuję-powiedziałam mu jeszcze bardziej oschłym tonem. Czemu? Bo wiem, że takim nie wolni ufać. Jutro o mnie zapomni, ale ja będę pamiętać...
-Skoro ty nie gotujesz, to ja ci coś ugotuję-powiedział, a mnie totalnie zamurowało. Przecież... Ja... On chce mi pomóc? Tak serio?
-Nie musisz się poświęcać. Masz przecież własne życie-powiedziałam mu, tym razem łagodnie i życzliwie.
-Ale chcę. I tak nie mam nic do roboty, a tobie przyda się pomoc.
-Ja cie nawet nie znam!-krzyknęłam.
-To możesz poznać. To może jeszcze raz. Jestem Ross-powiedział i ujął moją dłoń w swoją. Tak, jak to robią ludzie w geście przywitania się.
-L-Laura-powiedziałam nieśmiało.
-Tak więc Laura... Dasz się namówić na sałatkę z kurczakiem? Oczywiście ja gotuję-w jego głosie można było wyczuć, że wcale nie zraził się do mnie przez mój oschły ton, a teraz jestem pewna, że się uśmiecha.
-No dobrze-powiedziałam nieśmiało.
-To ja idę po składniki, a ty może podejdź do lady razem z panią Thouse-powiedział, a ja nawet nie zdążyłam nic powiedzieć, bo tylko słyszałam jego kroki oddalające się ode mnie z każdą sekundą.
-I jak?-powiedziała po chwili pani Thosue, która ni stąd ni zowąd pojawiła się tuż obok mnie.
-Miły-powiedziałam z uśmiechem.
-To wszystko?
-Zabawny-dokończyłam.
-Widzisz?-mówiła z głosem typu ,,a nie mówiłam?"-Przepraszam za określenie-zdała sobie sprawę, z tego co powiedziała. Przecież ja nie widzę...
-A pani skąd go zna?
-Jego rodzice, to byli moi najlepsi przyjaciele. Potem jego mama zaszła w pierwszą ciążę i oboje stwierdzili, że w Nowym Yorku będzie lepiej im wychowywać dziecko. No i wyjechali. Nie widziałam ich sporo czasu...-dokończyła jakby... z żalem?
-Rozumiem...
-Kiedy więc dowiedziałam się, od jakiej rodzinki jest ten chłopaczek, to od razu go polubiłam. Jest taki spokojny, pomocny, nie jest wulgarny i nie popada w złe towarzystwo.
-Jak wygląda?-spytałam ciekawa.
-Wygląd nie jest najważniejszy. Liczy się osoba wewnątrz, a nie na zewnątrz. To jakimi jesteśmy z charakteru czyni nas dobrymi i właściwymi ludźmi, a nie to czy ładnie wyglądamy.
-Zapytałam z ciekawości-udałam obrażoną.
-Wiem, ale ludzi ocenia się po dobroci ich serca, a nie...-dokończyłam za nią:
-Po wyglądzie i ich pieniędzy w portfelu-słyszałam, że się lekko śmieje.
-No właśnie, ale jeżeli już musisz wiedzieć, jest blondynem.
-To wszystko?
-I ma brązowe oczy-dokończyła ze śmiechem.
-Hahaha. Ja pytam serio.
-Przecież sama możesz sprawdzić jak on wygląda. Masz te zdolność jak każda niewidoma osoba.
-Myśli pani, że on się da?
-Tak. Myślę, że się da-zaśmiała się ponownie. Przecież nie będę go dotykała po twarzy jak go nie znam.
-Chcesz wiedzieć, jak wygląda, to musisz sama to sprawdzić i wizualizować sobie jego twarz/
-Już zrobiłem zakupy!-słyszałam jego głos. Był coraz bliżej nas.
-Ile płacę?-spytał po chwili.
-Ale to moje zakupy-od razu powiedziałam. Nie szukam sponsora.
-Ale ja chcę zapłacić-wiem, że się uśmiechał. Super! Teraz wyjdę na naciągaczkę.
-To gdzie mieszkasz?-spytał po chwili.
-Tuż obok sklepu.
-To prowadź-powiedział i razem wyszliśmy ze sklepu.
Szliśmy w ciszy. Czemu? Ja tematu zaczynać nie chciałam, tym bardziej, że mój dom znajduję się bardzo blisko.
Po chwili doszliśmy do moich drzwi. Siłowałam się z trafieniem klucza do dziurki. Pewnie siłowałabym się dłużej, gdyby nie to, że ,,ktoś" złapał mnie za ręce i swoimi rękoma, dotykając moich, doprowadził mnie do dziurki. Ten ktoś, to oczywiście mój nowy kolega.
-Dziękuję-powiedziałam speszona i otworzyłam szybko drzwi.
-Gdzie postawić zakupy?-spytał, kiedy weszliśmy do kuchni.
-Gdzieś na stole.
-To może ja od razu przygotuję potrawę?-spytał, a ja tylko pokiwałam głową. Nie wiem, czy widział, ale mam to gdzieś. Muszę pójść do swojego pokoju znieść klucze.
Szłam tak chwilkę, ale po chwili wpadłam na coś dużego. Zaryłam o to piszczelami. Ból nie z tej ziemi.
-Ała!-krzyknęłam. Po chwili usłyszałam jak ktoś biegnie do mnie. I to dosłownie...
-Nic ci nie jest?-spytał Ross.
-Nie wiem! Boli mnie noga.
-Wpadłaś na pianino-powiedział, a mi nagle ból zmalał, a na mojej twarzy zastąpiło go zdziwienie.
-J-Jakie pianino?-spytałam po chwili.
-To ty nie wiesz, że masz pianino w domu?-spytał zdziwiony.
-Jeszcze przed moim wyjściem do sklepu go tu nie było-odparłam zdziwiona.
-Jest jakaś kartka.
-Co tam pisze?-spytałam rozmasowując piszczel. Mimo, że ból był mniejszy, nadal go czułam.
-Nie wiem. Są jakieś wypukłe kropki-zaśmiałam się.
-To alfabet Braille'a.
-To masz-powiedział i podał mi do dłoni kartkę. A co tam pisało?
,,Laura... Przepraszam cię za wszystko. Za moje słowa i czyny, którymi cię uraziłam. Nie miej do mnie żalu i przyjmij ten mały podarunek. Kiedyś grałaś na pianinie. Myślę, że jeszcze potrafisz...
Twoja Van"
-I o co chodzi?-spytał.
-Moja siostra mnie przeprasza. Tylko, że ja nie pamiętam jak się na tym gra...
-A grałaś kiedyś?
-Tak. Jak byłam mała, potem w szkole dla inwalidów, ale nie grałam od trzech lat...
-Chodzisz jeszcze do szkoły?
-Nie. Skończyłam ją kilka dni temu.
-Wiesz co? Mogę cię uczyć grać-powiedział, a ja krzyknęłam z euforią:
-Naprawdę!
-Oczywiście.
-Jej!-kolejny okrzyk radości. Po chwili poczułam dziwny zapach.
-Ross?
-Tak?
-Co tak dziwnie pachnie?
-Kurczak!
***
Jest rozdział... Beznadziejny. Najgorszy jaki mi wyszedł... Tracę wenę:/ Przepraszam, że musieliście męczyć na niego oczy. Postaram się dodać lepszy, ale to dopiero 28.07! Bo wyjeżdżam... Do napisania!
czwartek, 17 lipca 2014
Rozdział 3
*Oczami Laury*
<Tydzień później>
Van wyprowadziła się pięć dni temu. Od tamtej pory załatwiała wszystkie formalności, uzgadniała resztę rzeczy z tą kobietą no i oczywiście przeprowadzała swoje rzeczy. Przyjeżdża do mnie tylko wieczorami, przynosi jedzenie, chwilkę rozmawia i... idzie. Tak po prostu wychodzi. Nie powiem, bez niej jakoś tak pusto. Ale jak jej zabraknie, to tak naprawdę będzie. Jestem strasznie ciekawa, co z tego wyniknie...
-Cześć skarbie!-krzyknęła od progu moja siostra. Ma dodatkowe klucze.
-Hej! Co tak wcześnie?-spytałam.
-Wcześnie? Jest już 10:09, a ty jeszcze w pieleszach! Co to ma znaczyć?-słyszałam, że się śmieje.
-Zrobiłam sobie dziś dzień lenia. Chcę cały dzień spędzić w domu.
-To nie dobrze. Ty powinnaś jak najwięcej wychodzić na dwór. Musisz się dotleniać.
-Bo?-spytałam.
-Tak po prostu.
-Tylko tyle?-spytałam nie rozumiejąc.
-Jest piękna pogoda!-zachęcała mnie coraz bardziej do opuszczenia domu.
-Dobra, mów co chcesz.
-Potrzebuję cie na zakupy. Ty się świetnie znasz na materiałach, więc pomożesz mi wybrać najlepszy.
-Aha! Czyli chcesz mnie tylko do pomocy przy zakupach?-zrobiłam obrażona minę i tak zwanego focha.
-Oj Lauruń-powiedziała z przejęciem.
-A wiesz co? Nawet nie spytałaś mnie dziś, co u mnie!-powiedziałam z udawanym wyrzutem.
-No dobrze-westchnęła. Słyszałam jak otwiera drzwi wyjściowe. Po chwili weszła z powrotem.
-Hej Lau! Co u ciebie? Idziemy na zakupy?-spytała, a ja zrobiłam ,,facepalma".
-Cześć Van! Znalazłam pracę! Tak, pójdziemy na zakupy!-krzyknęłam z udawaną euforią.
-Znalazłaś pracę?-spytała jeszcze bardziej radosna niż ja.
-Tak!-pisnęłam.
-I czym się będziesz zajmowała?
-Jak już mówiłam: ,,Indywidualnym pozyskiwaniem klientów dla firm ubezpieczeniowych".
Teraz nie słyszałam Venessy. Chyba jest mocno zdziwiona.
-Nie żartuj sobie. Masz namawiać innych do jakiejś oferty i razie czego się z nim i spotkać? A jak to jacyś zboczeńcy!
-Van! Nie panikuj! Tylko tam mnie przyjęli.
-Nie mogę na to pozwolić! Pamiętasz jak do ciebie zadzwonił ten kości, z tą strasznie denerwującą ofertą?
-Oferta była ciekawa, a to jego regułka była mało interesująca...-Van mi przerwała.
-Nie czepiaj się słówek! Przecież wiesz, o co mi chodzi.
-Tak, wiem! I dlatego cię nie rozumiem! Nareszcie znalazłam pracę. Może i nie jest szczytem moich marzeń, ale zawsze coś. Jest to sposób, z którego będę mogła się utrzymać. Jest to dla mnie szansa, na wyjście na prostą! Nareszcie zarobię na siebie! Samodzielnie! Nareszcie mam taką szansę, aby nie poczuć się kaleką! Dlaczego zabierasz mi taką radość z życia? Dlaczego to robisz?-spytałam bliska płaczu. Tymi słowami Van mnie raniła. Czemu? Ona jest w pełni sprawna i może mieć każdą pracę, ale ja nie mam takiej możliwości. Jestem niepełnosprawna, a takich ludzi nie wszędzie przyjmują...
-Laura! Nie mów tak! Ja po prostu wiem, że stać cię na więcej! Że masz ambicje!-ona również już szlochała.
-Wiesz co? Wyjdź! Nie chcę dziś z tobą rozmawiać-pierwszy raz uniosłam się na siostrę.
-Ale Lau...
-Nie słyszałaś?
-Dobrze. Idę sobie. Cześć-powiedziała i z płaczem opuściła moje mieszkanie. Ja również zaczęłam płakać. Van mnie przecież nigdy tak nie skrzywdziła. Zajęła się mną, mimo, że mogła gdzieś oddać. Pomagała mi przez całe życie. Wspierała na każdym kroku. Nigdy nie wypominała i nie oskarżała mnie o śmierć rodziców... Ona... Zawsze była przy mnie. A teraz? Co ja narobiłam!
Zawsze, kiedy jestem smutna, idę do pani Thouse na zakupy. Tak też mam zamiar zrobić i tym razem. Wzięłam swoje okulary, ale laskę zostawiłam w domu. Wyszłam biorąc klucze i zamykając szczelnie dom. Trochę mi to zajęło, bo nie mogłam trafić w dziurkę od klucza. Po jakimś czasie jednak udało mi się to. Tak więc poszłam na zakupy...
Moja droga wynosiła kilkanaście metrów. Otworzyłam szybko drzwi i weszłam do mini supermarketu (Taka mini żabka - od autorki). Wzięłam koszyk (Laura zna na pamięć miejsce koszyków - od autorki) i poszłam między regałami. Nie słyszałam niczyich kroków. Tak więc dotykałam kolejno paczki z jedzeniem. Doszłam do działu z batonikami. Tak mi się wydaję...
Dotykałam po kolei każdy z nich. Jeden miał wypukłości i był mięciutki. Mój ulubiony - sękacz. Wzięłam go do dłoni i spakowałam kilka sztuk. Odwróciłam się i już miałam iść do kasy, ale na kogoś wpadłam tak, iż spadły mi okulary.
-Przepraszam-powiedziała dana osoba. Z tego, co mogłam wywnioskować po głosie, był to mężczyzna.
-Nie to ja przepraszam. Kaleka ze mnie-powiedziałam z prawdą. Chłopak chyba nie wiedział, że jestem niewidoma, bo zaśmiał się tylko i powiedział:
-Każdemu się może zdarzyć. A tak w ogóle jestem Ross-powiedział.
-A ja Laura-zaczęłam błądzić rękoma w poszukiwaniu okularów.
-Szukasz bransoletki, kolczyków czy czegoś?-spytał. Pewnie myślał, że szukam naprawdę małej rzeczy, skoro dotykam całej podłogi rękoma.
-Nie. Nie noszę takich rzeczy. Szukam okularów-powiedziałam nie kończąc swych poszukiwań.
-Są tu-powiedział ze zdziwieniem i podał mi dany przedmiot wkładając do ręki. Natychmiastowo włożyłam je na oczy.
-Po co ci w sklepie okulary?-zadał mi pytanie. Najwyraźniej był bardzo zdziwiony. Czułam to, po tonie jego głosu.
-Bo... Ja... Ten...-nie mogłam się wysłowić. Dziwne... Nigdy nie miałam takiej sytuacji...
-Laurunia!-krzyknęła za mną moja ulubiona sprzedawczyni.
-Dzień dobry pani Thouse-powiedziałam z lekkim uśmiechem, jednak nie obróciłam się w stronę kobiety, gdyż nie mogłam wyczuć skąd pochodzi głos. Naprawdę ze mną jest coś nie tak... Zawsze wiem, skąd jest.
-Tu jestem skarbie-powiedziała i obróciła mnie w swoją stronę.
-Dziękuję-powiedziałam z uśmiechem. Nagle usłyszałam, jak męski głos, należący na pewno do Rossa mówi cicho:
-Ty nie widzisz, prawda?
<Tydzień później>
Van wyprowadziła się pięć dni temu. Od tamtej pory załatwiała wszystkie formalności, uzgadniała resztę rzeczy z tą kobietą no i oczywiście przeprowadzała swoje rzeczy. Przyjeżdża do mnie tylko wieczorami, przynosi jedzenie, chwilkę rozmawia i... idzie. Tak po prostu wychodzi. Nie powiem, bez niej jakoś tak pusto. Ale jak jej zabraknie, to tak naprawdę będzie. Jestem strasznie ciekawa, co z tego wyniknie...
-Cześć skarbie!-krzyknęła od progu moja siostra. Ma dodatkowe klucze.
-Hej! Co tak wcześnie?-spytałam.
-Wcześnie? Jest już 10:09, a ty jeszcze w pieleszach! Co to ma znaczyć?-słyszałam, że się śmieje.
-Zrobiłam sobie dziś dzień lenia. Chcę cały dzień spędzić w domu.
-To nie dobrze. Ty powinnaś jak najwięcej wychodzić na dwór. Musisz się dotleniać.
-Bo?-spytałam.
-Tak po prostu.
-Tylko tyle?-spytałam nie rozumiejąc.
-Jest piękna pogoda!-zachęcała mnie coraz bardziej do opuszczenia domu.
-Dobra, mów co chcesz.
-Potrzebuję cie na zakupy. Ty się świetnie znasz na materiałach, więc pomożesz mi wybrać najlepszy.
-Aha! Czyli chcesz mnie tylko do pomocy przy zakupach?-zrobiłam obrażona minę i tak zwanego focha.
-Oj Lauruń-powiedziała z przejęciem.
-A wiesz co? Nawet nie spytałaś mnie dziś, co u mnie!-powiedziałam z udawanym wyrzutem.
-No dobrze-westchnęła. Słyszałam jak otwiera drzwi wyjściowe. Po chwili weszła z powrotem.
-Hej Lau! Co u ciebie? Idziemy na zakupy?-spytała, a ja zrobiłam ,,facepalma".
-Cześć Van! Znalazłam pracę! Tak, pójdziemy na zakupy!-krzyknęłam z udawaną euforią.
-Znalazłaś pracę?-spytała jeszcze bardziej radosna niż ja.
-Tak!-pisnęłam.
-I czym się będziesz zajmowała?
-Jak już mówiłam: ,,Indywidualnym pozyskiwaniem klientów dla firm ubezpieczeniowych".
Teraz nie słyszałam Venessy. Chyba jest mocno zdziwiona.
-Nie żartuj sobie. Masz namawiać innych do jakiejś oferty i razie czego się z nim i spotkać? A jak to jacyś zboczeńcy!
-Van! Nie panikuj! Tylko tam mnie przyjęli.
-Nie mogę na to pozwolić! Pamiętasz jak do ciebie zadzwonił ten kości, z tą strasznie denerwującą ofertą?
-Oferta była ciekawa, a to jego regułka była mało interesująca...-Van mi przerwała.
-Nie czepiaj się słówek! Przecież wiesz, o co mi chodzi.
-Tak, wiem! I dlatego cię nie rozumiem! Nareszcie znalazłam pracę. Może i nie jest szczytem moich marzeń, ale zawsze coś. Jest to sposób, z którego będę mogła się utrzymać. Jest to dla mnie szansa, na wyjście na prostą! Nareszcie zarobię na siebie! Samodzielnie! Nareszcie mam taką szansę, aby nie poczuć się kaleką! Dlaczego zabierasz mi taką radość z życia? Dlaczego to robisz?-spytałam bliska płaczu. Tymi słowami Van mnie raniła. Czemu? Ona jest w pełni sprawna i może mieć każdą pracę, ale ja nie mam takiej możliwości. Jestem niepełnosprawna, a takich ludzi nie wszędzie przyjmują...
-Laura! Nie mów tak! Ja po prostu wiem, że stać cię na więcej! Że masz ambicje!-ona również już szlochała.
-Wiesz co? Wyjdź! Nie chcę dziś z tobą rozmawiać-pierwszy raz uniosłam się na siostrę.
-Ale Lau...
-Nie słyszałaś?
-Dobrze. Idę sobie. Cześć-powiedziała i z płaczem opuściła moje mieszkanie. Ja również zaczęłam płakać. Van mnie przecież nigdy tak nie skrzywdziła. Zajęła się mną, mimo, że mogła gdzieś oddać. Pomagała mi przez całe życie. Wspierała na każdym kroku. Nigdy nie wypominała i nie oskarżała mnie o śmierć rodziców... Ona... Zawsze była przy mnie. A teraz? Co ja narobiłam!
Zawsze, kiedy jestem smutna, idę do pani Thouse na zakupy. Tak też mam zamiar zrobić i tym razem. Wzięłam swoje okulary, ale laskę zostawiłam w domu. Wyszłam biorąc klucze i zamykając szczelnie dom. Trochę mi to zajęło, bo nie mogłam trafić w dziurkę od klucza. Po jakimś czasie jednak udało mi się to. Tak więc poszłam na zakupy...
Moja droga wynosiła kilkanaście metrów. Otworzyłam szybko drzwi i weszłam do mini supermarketu (Taka mini żabka - od autorki). Wzięłam koszyk (Laura zna na pamięć miejsce koszyków - od autorki) i poszłam między regałami. Nie słyszałam niczyich kroków. Tak więc dotykałam kolejno paczki z jedzeniem. Doszłam do działu z batonikami. Tak mi się wydaję...
Dotykałam po kolei każdy z nich. Jeden miał wypukłości i był mięciutki. Mój ulubiony - sękacz. Wzięłam go do dłoni i spakowałam kilka sztuk. Odwróciłam się i już miałam iść do kasy, ale na kogoś wpadłam tak, iż spadły mi okulary.
-Przepraszam-powiedziała dana osoba. Z tego, co mogłam wywnioskować po głosie, był to mężczyzna.
-Nie to ja przepraszam. Kaleka ze mnie-powiedziałam z prawdą. Chłopak chyba nie wiedział, że jestem niewidoma, bo zaśmiał się tylko i powiedział:
-Każdemu się może zdarzyć. A tak w ogóle jestem Ross-powiedział.
-A ja Laura-zaczęłam błądzić rękoma w poszukiwaniu okularów.
-Szukasz bransoletki, kolczyków czy czegoś?-spytał. Pewnie myślał, że szukam naprawdę małej rzeczy, skoro dotykam całej podłogi rękoma.
-Nie. Nie noszę takich rzeczy. Szukam okularów-powiedziałam nie kończąc swych poszukiwań.
-Są tu-powiedział ze zdziwieniem i podał mi dany przedmiot wkładając do ręki. Natychmiastowo włożyłam je na oczy.
-Po co ci w sklepie okulary?-zadał mi pytanie. Najwyraźniej był bardzo zdziwiony. Czułam to, po tonie jego głosu.
-Bo... Ja... Ten...-nie mogłam się wysłowić. Dziwne... Nigdy nie miałam takiej sytuacji...
-Laurunia!-krzyknęła za mną moja ulubiona sprzedawczyni.
-Dzień dobry pani Thouse-powiedziałam z lekkim uśmiechem, jednak nie obróciłam się w stronę kobiety, gdyż nie mogłam wyczuć skąd pochodzi głos. Naprawdę ze mną jest coś nie tak... Zawsze wiem, skąd jest.
-Tu jestem skarbie-powiedziała i obróciła mnie w swoją stronę.
-Dziękuję-powiedziałam z uśmiechem. Nagle usłyszałam, jak męski głos, należący na pewno do Rossa mówi cicho:
-Ty nie widzisz, prawda?
***
Hello! Co tam u was? Przybywam z rozdziałem:) Mam nadzieję, że choć po części się podoba, bo mi wcale:/ Jest taki... nijaki. Dziękuję za 18 komentarzy pod poprzednim rozdziałem! To takie motywujące:) Dziękuję jeszcze raz z całego serduszka:) <3 Do napisania!
( A co do nominacji do LBA... Na razie nie mam na nie czasu:/ )
Subskrybuj:
Posty (Atom)